fot. depositphotos.com

„A czyż Ja nie powinienem mieć litości nad Niniwą, wielkim miastem, gdzie znajduje się więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie odróżniają swej prawej ręki od lewej, a nadto mnóstwo zwierząt?” (Jon 4,11).

Werset zamykający księgę Jonasza kończy się znakiem zapytania. Pan zadaje pytanie swojemu prorokowi, lecz odpowiedź nie pada. Tekst jakby się urywa, pozostawiając płaszczyznę dla zastanowienia się, skonstruowania własnej odpowiedzi, wejścia w kontakt ze Słowem, które prowokuje do namysłu nad litością Boga, okazaną wobec wielkich grzeszników.

Historia proroka Jonasza demonstrującego radykalne nieposłuszeństwo jest nam dobrze znana. Pozostawia ślad w pamięci jako opowieść o niezwykłej przygodzie niesfornego sługi Pana. Bohaterem większej części tej krótkiej księgi jest właśnie prorok, a jednak nie on jest główną postacią. Jest nią Bóg, niezwykle łagodny i wyrozumiały wobec grzeszników, co niewątpliwie stanowi cechę specyficzną tej opowieści.

Już w pierwszych wersetach pojawia się wzmianka o grzechu: „Wstań, idź do Niniwy – wielkiego miasta – i upomnij ją, albowiem nieprawość jej dotarła przed moje oblicze” (Jon 1,2). Niniwici nie znali Jahwe – Boga Izraela, nie mieli też Prawa, nadanego potomkom Jakuba przez Mojżesza. A jednak Pan dostrzega także i ich „nieprawość”. Chce dać im możliwość ocalenia. Bóg już w tym momencie okazuje swoją litość, Jonasz tej litości Niniwitom odmawia, nie chce, aby ocaleli przez zmianę postępowania, którego domaga się Pan – ucieka. I w tej chwili pojawia się kolejna osoba, która potrzebuje litości – sam Jonasz, prorok, odmawiający posłuszeństwa Panu.

Choć postawy Boga i Jonasza są zupełnie przeciwne – prorok jednak wykonuje swoją misję. Głosi „zniszczenie” Niniwy, choć Pan nic mu o zniszczeniu nie mówi. Postawa Boga zdumiewa swoją dyskrecją. Nie wymaga On od narodu Niniwy przyjęcia wiary Izraelitów, nie poleca też straszyć ludzi groźnym imieniem Boga-Jahwe, chce jedynie odwrócenia od złego postępowania. To Jonasz mówi o Bogu i zniszczeniu, natomiast Panu zależy na życiu, które jest zagrożone nie z powodu zapowiadanej z inicjatywy proroka kary, lecz przez liczne grzechy ludu…

Głoszone upomnienie odnosi skutek – całe miasto zmienia styl życia, naród ocalał, co niezmiernie rozczarowuje Jonasza. Niniwa już się nawróciła, odrzuciwszy grzech, uratowała siebie sama; jednak prorok wciąż upiera się przy swoim grzechu. Lecz i w tym przypadku Bóg łagodnie naprowadza człowieka na właściwą drogę: żal Jonasza z powodu zwiędnięcia krzewu rycynusowego, którego Pan dla niego sprawił, ma ustawić proroka w miejscu Boga. Ma on zrozumieć, że jeżeli śmierć marnego krzewu potrafi wywołać tak wielkie emocje u człowieka, to o ile bardziej los całego miasta leży Bogu na sercu.

Na pierwszy rzut oka zachowanie Boga wobec grzesznych pogan wydaje się być całkiem logicznym. Nie zadziwia nas hojne ofiarowanie im możliwości wybawienia i przebaczenia wszystkich dotychczas popełnionych win. A jednak księga kończy się pytaniem. To pytanie ma postawić nas w roli Jonasza: czy i ja potrafię tak samo jak Bóg cieszyć się z ocalenia tych, którzy w pełni zasłużyli na srogą karę?

Trzeba kompromitować zło…

Trzeba kompromitować zło…

Obserwując czasem tych, którzy w sztafecie pokoleń idą za nami, mamy ochotę podwinąć rękawy, zacisnąć pięści i wymierzyć sprawiedliwość. Błędy, grzechy, zło – to wszystko nie może przecież pozostać bezkarne.