Przyjaźń w kraju niezgody

fot. pixabay.com

Zapewne wielu ludzi – nawet w jesieni swego życia – trwa w przekonaniu, że posiada przyjaciół. Jednak już krótka refleksja dorosłego człowieka wystarcza, by taką oczywistość porzucić: nie zawsze mamy przyjaciół. Śmiem wręcz twierdzić, że prawdziwa przyjaźń jest taką rzadkością jak prawdziwa miłość i że najczęściej pozostanie ona dla wielu z nas w sferze marzeń. A że marzenia mieć trzeba, to nie porzucajmy i naszego marzenia o przyjaźni.

A jak to wygląda w RPA; w kraju, w którym przeżyłem ponad ćwierć wieku; w kraju wielorasowym, wielojęzykowym? To kraj i naród, który ciągle rodzi się w bólach, porządkuje własną trudną historię (apartheid) i jest rozbity. W 80% stanowi go kilka czarnych plemion Bantu. Tutaj przyjaźnie między rasami są rzadkie, czego dowodem są nieliczne małżeństwa mieszane rasowo. Może na pewne usprawiedliwienie trzeba by dodać, że do około 1990 roku zawieranie małżeństw mieszanych czy nawet zamieszkiwanie pod wspólnym dachem ludzi różnych ras (w tym księży i zakonników) było zabronione prawem.

Otóż „czarna” społeczność Republiki Południowej Afryki jest ciągle zorganizowana na podstawowych zasadach życia klanowego, a więc w ramach właściwych dla szeroko pojętej rodziny. W klanie każdy winien wiedzieć, gdzie jest jego miejsce, rola, odpowiedzialność i jakie są przysługujące mu prawa. Dbanie o dobro i powodzenie członków klanu jest właściwie podstawowym obowiązkiem moralnym. Zatem nawet dobry Afrykańczyk-chrześcijanin będzie zawsze pamiętał, że to przodkowie klanu (a to więcej niż nasi święci!) rządzą z woli boga Unkulunkulu tym światem i że trzeba im być posłusznym pod oczywistą sankcją niechybnej kary czy nieszczęścia.

W tak skonstruowanej społeczności jest miejsce na przyjaźń wśród dzieci i młodzieży, ale już w życiu dorosłym lojalność i służbę winniśmy kierować przede wszystkim do klanu i jego przodków. Dlatego też przyjaźń – ubuhlobo czy ubungani (w językach isiXhosa i isiZulu) – ma oczywisty limit: nasze przyjaźnie nie mogą zaszkodzić klanowi! Wszystko, co odbiera środki klanowi, jest złe i spotka się z trudną do przewidzenia dezaprobatą przodków.

W mojej pracy w RPA często (chyba nawet zbyt często!) zmieniałem miejsca zamieszkania i ludzi wokół mnie, a to nie służyło budowaniu przyjaźni… Jednak „klasyczni” misjonarze zarzucają kotwicę na dłużej w tym samym miejscu i w tej samej wspólnocie. I wtedy już tylko od nich zależy, czy i na ile będą w stanie przebić się przez mur innej kultury, zwyczajów, języka i pojmowania świata. Najczęściej udaje się im tego dokonać z kimś z grona najbliższych współpracowników – katechistów bądź liderów. Jest tak, gdyż przyjaźń zakłada nie tylko wzajemną akceptację, życzliwość czy troskę, ale jest także wspólnotą myślenia.

Przyjacielskie relacje są absolutną podstawą sensownego funkcjonowania wspólnoty zakonnej, szczególnie tej międzynarodowej, międzyrasowej, wielokulturowej. Z satysfakcją muszę wyznać, że w RPA wśród innych sercanów zawsze czułem się jak w domu. Nie tyle „w klasztorze”, ile „w domu zakonnym” (i tak to miejsce nazywa prawo kanoniczne!). Być może pomagał temu fakt, że było nas mało, albo sprzyjała temu atmosfera filozofii życiowej afrykańskich współbraci, dla których relacje międzyosobowe są bardzo ważne.

Ludzie z Europy są w życiu nastawieni bardzo zadaniowo. Śpieszą się, żeby czegoś dokonać. A jak mówią Afrykańczycy: „Wy macie zegarki, a my mamy czas” – m.in. właśnie na dbałość o relacje międzyludzkie. Wspólnoty sercańskie, których byłem częścią, na pewno nie były doskonałe. Z perspektywy czasu i miejsca jednak stwierdzam, że były one wystarczająco dobre, by stać się dla innych wyraźnym znakiem, że mimo różnic ludzie mogą żyć i pracować razem. A to niezwykle ważne w społeczeństwie, które do dziś próbuje uwolnić się od demona rasowych podziałów, a nawet krwawych walk na śmierć i życie.

Wymodlić niemożliwe

Wymodlić niemożliwe

Niderlandy to kraj, który jeszcze pół wieku temu wydawał liczne powołania do życia zakonnego i kapłańskiego. Wielu sercanów, którzy stamtąd pochodzili, udawało się na misje we wszystkie zakątki świata. Dzisiaj to do niego przybywają księża z innych państw. Tak jest choćby z trzema kapłanami z naszego Zgromadzenia, wśród których jest również jeden sercanin z Polski.