Nie bój się, przetrzymamy to!

fot. parafiapwswjozef-siedliska-rzeszow.pl

Wiele spada dziś na niektórych z nas niezrozumiałych po ludzku wyroków. Często bywa to nieuleczalna choroba, która powoduje, że śmierć wydaje się być jakby na wyciągnięcie ręki. Jak w takiej sytuacji podjąć walkę i nie ulec najczarniejszym wizjom, które odbierają nam siły do niej? Myślę, że pomocą może nam służyć wiele historii wojennych, zwłaszcza z niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, który powstawał w 1940 roku z zamiarem eliminacji polskiej inteligencji i ruchu oporu przeciw okupantowi. Jak notuje rotmistrz Witold Pilecki w swoich Raportach z Auschwitz, adwokaci, sędziowie i księża byli tam najgorzej traktowani i trafiali do najcięższych robót. Co ciekawe, przeczytamy tam również, że tych ostatnich było najtrudniej złamać i paradoksalnie najdłużej walczyli o życie, gdyż mieli poczucie misji i nadzieję, nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Obok wiary bezcennym skarbem skazanych, często na pewną śmierć, który pomagał przetrwać obóz, były wzajemna pomoc i przyjaźń.

Obozowej rzeczywistości doświadczył urodzony 13 marca 1911 roku w Siedliskach koło Rzeszowa, jako siódmy z dziewięciorga dzieci, salezjanin – ks. Józef Kowalski. Pięcioro rodzeństwa zmarło niestety jeszcze w niemowlęctwie. On sam był wątłym i chorowitym dzieckiem, które na wpół umarłe zostało ofiarowane przez rodziców Matce Bożej w odległym o kilkanaście kilometrów Borku Starym. Jako 11-letni chłopiec za namową krewnego został wysłany przez rodziców do szkoły salezjańskiej w Oświęcimiu, skąd pięć lat później udał się do salezjańskiego nowicjatu. Trzy lata po otrzymaniu święceń został wraz z innymi współbraćmi aresztowany i osadzony najpierw w areszcie w Krakowie, skąd po miesięcznym pobycie wrócił do Oświęcimia, tyle że tym razem do „fabryki śmierci”.

„O Maryjo, uchroń mnie przed zniechęceniem do życia, do pracy; uchroń mnie przed pesymizmem, a uproś mi łaskę, bym coraz więcej postępował po drodze świętości”.

bł. Józef Kowalski SDB

W Bożych rękach

Po przybyciu do obozu ks. Józef trafił natychmiast do kompanii karnej, gdzie ciężko pracujących, głodnych i przerażonych więźniów kapo biło kijami gdzie popadło, mobilizując w ten sposób do nadludzkiego wysiłku. Tam na oczach kapłana zamordowani zostali w okrutny sposób jego czterej zakonni współbracia. Następnego dnia pozostałych przy życiu salezjanów przeniesiono na tzw. blok wolny, gdzie panowały nieco lepsze warunki. Mimo tak trudnego położenia kilka dni później pisał do rodziców w liście, żeby byli o niego spokojni, gdyż jest w Bożych rękach.

Teren obozu był dla młodego księdza miejscem dawania świadectwa wiary, jak również ofiarnej posługi duszpasterskiej. Współwięźniowie cenili go za pozytywne usposobienie i postawę służby. Ci, którzy przeżyli obóz, wspominali, że wnosił wszędzie ducha pogody i zadowolenia. Dla każdego miał uśmiech i dobre słowo, czym bardzo szybko pozyskiwał sobie zaufanie u innych. Jego codzienna postawa niesamowicie pozytywnie wpływała na pozostałych więźniów. Pocieszał załamanych kolegów i zachęcał ich do wytrwania w bólu.

fot. parafiapwswjozef-siedliska-rzeszow.pl

Będzie dobrze

Często było widać, jak wieczorami po apelu ks. Józef chodził obozowymi ulicami, słuchając opowiadań towarzyszy niedoli. Jeden z nich wspominał, że został przez niego powstrzymany od samobójstwa. „Był dla mnie aniołem pocieszycielem, mówiąc: «Nie bój się! Przetrzymamy obóz. Będzie jeszcze dobrze!»” Podczas nieco ponad rocznego pobytu w tym mrocznym miejscu stał się dla współwięźniów nie tylko przyjacielem i wsparciem, ale również – mimo zakazów – szafarzem sakramentów. Z miłości do Chrystusa i pognębionych bliźnich narażał swoje życie, nie zważając na konsekwencje w przypadku donosu. W konspiracji odprawiał Msze Święte, spowiadał, przewodniczył modlitwom czy roznosił Komunię Świętą tym, którzy nie mogli uczestniczyć w Eucharystii. Wymagało to wielkich przygotowań i nie mniejszego ryzyka. Choć sam słaniał się na nogach, niejednokrotnie dzielił się z więźniami swoją porcją chleba, będącego tam dosłownie na wagę złota. Nie rozstawał się nigdy z różańcem.

Śmierć w beczce z fekaliami

Latem 1942 roku okazało się, że ks. Józef w gronie 60 księży zostanie przetransportowany do obozu w Dachau, gdzie liczono na większe możliwości przetrwania. Dzień przed odjazdem w obozowej łaźni salezjanin ściskał mocno w garści różaniec, co nie uszło uwadze dowódcy i największemu obozowemu katowi – Gerhardowi Palitzschowi. Uderzając go w rękę, krzyknął: „Podepcz to!”. Rozwścieczony niewykonaniem rozkazu wyłączył nieposłusznego więźnia z transportu i przekierował go do karnej kompanii, gdzie był najbardziej dręczonym skazańcem. 4 lipca 1942 roku ks. Józef Kowalski SDB został utopiony w beczce z odchodami. Został beatyfikowany 13 czerwca 1999 roku w Warszawie przez św. Jana Pawła II w gronie 108 polskich męczenników drugiej wojny światowej. Papież przypomniał wtedy, że to Chrystus swoją łaską umacnia słabych, dzięki czemu błogosławieni wznieśli się na wyżyny heroiczności. Prośmy więc także i my o tę łaskę, zwłaszcza w chwilach cierpienia.

Pogodzić się ze stratą

Pogodzić się ze stratą

Słysząc słowo „żałoba”, myślimy najczęściej o czasie następującym po śmierci bliskiej nam osoby. Opłakujemy jej odejście, uczymy się żyć na nowo bez niej. Towarzyszą nam wtedy różne uczucia: smutek, niedowierzanie w prawdziwość tej sytuacji, gniew.