fot. metmuseum.org

Nigdy nie jesteśmy zbyt dorośli, by wyrosnąć z troski i odpowiedzialności. Nigdy nie dojrzejemy także do stanu, w którym cierpienie tłumaczyć będzie brak trwogi o przyszłość naszych bliskich. Winniśmy bowiem dojrzewać w miłości, a zatem nie przybliżać się do pustej samotności, lecz rosnąć w stawaniu się darem dla drugich. Przekonałem się o tym podczas chwil spędzonych przy szpitalnych łóżkach, gdzie zobaczyłem na własne oczy, że osobiste cierpienie człowieka jest dla niego niejednokrotnie jedynie znanym faktem, a prawdziwie przyprawiającym o dreszcze wydarzeniem jest życie jego najbliższych. Gubimy się jednak wśród rozlicznych trosk, w ich skomplikowaniu, we własnej bezradności oraz w zamknięciu i obojętności tych, których los nosimy w swoich sercach, nie wiedząc, gdzie szukać rady. Poszukujemy… A dociekliwość, wierna prawdzie, bezsprzecznie winna doprowadzić nas do spotkania z Bogiem.

Na ludzką troskę…

Słowo, poprzez które Bóg przemawia do człowieka, bez wątpienia nam Go objawia, pozwala nam Go lepiej poznać, lecz tym samym zapominamy, że owo światło zawarte na kartach Pisma Świętego objawia nam również nas samych, ukazuje człowieka w grozie jego życia, w cieniu jego problemów i niedoskonałości. Człowiek Biblii, którego poznajemy przy dogłębnej lekturze, nie powinien być nam obcy, jest bowiem tym, który reprezentuje nas w spotkaniu z Bogiem; tym, wobec którego Boża interwencja jest świadectwem, że Bóg dotyka swoją miłością także i naszego życia. Czego więc potrzeba pogrążonemu w trosce człowiekowi? Jakiej pomocy oczekuje on od Boga? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zadać inne, a mianowicie: O co troszczy się współczesny cierpiący? Odpowiedź dla wielu może wydawać się abstrakcyjna, bo bynajmniej nie jest nią wyłącznie własne zdrowie. Człowiek cierpiący martwi się o tego, dla którego jest. Najczęściej w rozmowach przewija się lęk o przyszłość dorastających lub dorosłych już dzieci; o to, czy będą potrafiły wykorzystać własną wolność w taki sposób, żeby osiągnąć szczęście. Życie nie szczędzi nam przecież różnorodności, podobnie i tym, których bardzo kochamy. Na widok ich dylematów troska wydaje się być czymś naturalnym, a pragnienie pomocy – bezsprzeczną oczywistością. Chcielibyśmy sami wziąć na siebie brzemię doświadczeń naszych dzieci, a im mniej jest to możliwe, tym bardziej odpowiedzialność staje się dla nas powodem głębokiego strapienia. Czy jednak możemy w ogóle dążyć do tego, by przeżyć życie za naszych najbliższych, nawet kierowani pełnym miłości zaniepokojeniem? Gdzie jest granica między troską, szanującą wolność, a nadopiekuńczością, nietolerującą upadków? Czy Bóg obdarował Słowem także tego człowieka, który stoi dziś na owym rozdrożu z podobnymi pytaniami?

… nie tylko Słowo…

Bóg nie poprzestaje na koniecznym minimum, nie ogranicza się do serdecznego zrozumienia i słów pełnych pocieszenia. Pragnie obdarzyć nas wszystkim, co ma, a co uzmysławiamy sobie w rozmyślaniu nad tajemnicą wcielenia Syna Bożego. Bóg daje nam nie tylko swoje Słowo, ale pozwala, by zostało ono wypełnione sensem w życiu Osoby. W misterium zbawienia jest nią Jezus Chrystus. W kim zaś ponadto możemy szukać tego, którego życie jest słowem pociechy w doświadczeniu troski, przeżywanej dziś tak powszechnie? 

fot. metmuseum.org

Tytułowy bohater Księgi Tobiasza, jednej z ksiąg Starego Testamentu, zdaje się wołać o uwagę w tym temacie. Jest człowiekiem doświadczonym przez życie – pomimo swej heroicznej sprawiedliwości traci wzrok, co doprowadza go aż do modlitwy o śmierć. Ma on jednak żonę i syna, także Tobiasza, którego z powodu – jak uważa – wymodlonej śmierci musi wysłać do swojego przyjaciela, by odebrał jego pieniądze złożone u niego. Troska o bezpieczeństwo młodego jeszcze potomka jest ogromną próbą dla Tobiasza, a droga, którą tamten przebywa w podróży u boku nieznajomego, staje się dla jego ojca procesem oczyszczającym z lęku i uświadamiającym mu, że nie tylko on zabiega o los jego syna. Odkrywa, że nie jest sam ojcem młodego Tobiasza. Nieznajomy, który miał doprowadzić młodzieńca do domu Gabaela, okazuje się Bożym posłańcem, archaniołem Rafałem, który ostatecznie stał się błogosławieństwem dla całego domu poczciwego starca. Boży anioł ucieleśnił bowiem pociechę przewidzianą przez Boga, niemieszczącą się w nadziei ślepego Tobiasza, znalazł bowiem odpowiednią małżonkę dla jego syna, a jemu samemu przywrócił wzrok. Czy nie jest to więcej niż Słowo, które znamy z codzienności? Czy to nie życie, w którym mieści się nie tylko Boża świętość, ale także znajduje swe miejsce ludzka słabość i nieporadność? Pismo Święte to nie zbiór niedoścignionych wzorów i cnót, to historia człowieka, którego z upadku i nieszczęścia wyciąga mocna ręka Pana.

Człowiek cierpiący martwi się o tego, dla którego jest.

… lecz i Osoba

Doświadczenie Tobiasza staje się dla nas żywą pociechą, która uświadamia nam, że miłość wymaga ryzyka zgody na wolność. Bóg mówi nam przez jego życie, że dojrzałość oznacza wzrastanie w przekonaniu, że w swoich troskach nie jestem sam i nie potrzeba, bym co dnia działał ponad własne, ludzkie siły. Tobiasz zaufał trosce Boga i doświadczył uzdrowienia może i po to, by mógł zobaczyć to, czego dokonał Bóg, a mianowicie – szczęście w sercu i na ustach jego syna. Słowo Boga oznacza, że ludzka troska to Boskie zmartwienie.

Przyjdź królestwo Twoje!

Przyjdź królestwo Twoje!

Drugim wezwaniem, którym zwracamy się do Boga, odmawiając Ojcze nasz, są słowa „przyjdź królestwo Twoje” (por. Mt 6,10). Po prośbie, by uświęcone było Jego imię, człowiek wierzący wyraża pragnienie, by jak najszybciej nadeszło Jego królestwo.