Pytania o spowiedź

fot. depositphotos.com

Z o. Jackiem Salijem OP rozmawia Radosław Molenda.

Za parę dni Wielki Post. Warto go zacząć od sakramentu pokuty?

Ja codziennie widzę kolejki przed konfesjonałem, niekiedy dość długie. Wiem, że kościół św. Jacka w Warszawie, w którym usługuję, nie jest pod tym względem wyjątkiem. A przecież nie straciły aktualności słowa Prymasa Tysiąclecia, który nieraz powtarzał, że Warszawa to jest „miasto niewyspowiadane”. Bo przecież tych wiele, naprawdę wiele tysięcy wiernych, którzy regularnie albo choćby tylko raz na rok przystępują do spowiedzi, to zaledwie kilka procent warszawskich katolików. Wielki Post to jest czas, w którym Kościół wzywa do pokuty i odnowy duchowej wszystkich – również tych, którzy rzadko pojawiają się na niedzielnej Mszy Świętej i którzy już od dawna nie przystępują do sakramentów.

Jak sprawić, by ktoś z „obrzeża Kościoła” poszedł do spowiedzi?

Na to pytanie odpowiem pytaniem: czy my się modlimy za naszych bliskich, którzy oddalili się od Boga? Przecież Pan Jezus wiele uzdrowień dokonał dlatego, że ktoś inny Go o to prosił. W okresie Wielkiego Postu szczególne wezwanie do nawrócenia można usłyszeć podczas rekolekcji. Jest wiele okazji, kiedy człowiek usłyszy wezwanie, żeby wreszcie pojednać się z Bogiem – to może być pierwsza Komunia dziecka, wesele lub pogrzeb w rodzinie, wielu przychodzi do konfesjonału przed pójściem do szpitala. Bywa też, że ktoś przystępuje do spowiedzi poniekąd z zazdrości – kiedy znajomy lub przyjaciel po latach wrócił do sakramentów, w jego środowisku nieraz pojawia się chęć, by zrobić to samo.

Spowiedź to skomplikowany sakrament: wymaga spełnienia po kolei wszystkich pięciu warunków. Pierwszy to rachunek sumienia. Na co zwrócić uwagę?

Chodzi o coś więcej niż o to, żeby przypomnieć sobie te moje postępki i zachowania, które wyrzuca mi sumienie. Trzeba sobie wyraźnie postawić pytanie: co w moich czynach i postawach nie podoba się Panu Bogu i mnie od Niego oddziela? To dlatego, zanim podejmiemy rachunek sumienia przed spowiedzią, zazwyczaj prosimy Ducha Świętego o łaskę dobrej spowiedzi. Spowiedź nie polega przecież na złożeniu sprawozdania z moich grzechów, ale na rzuceniu się w ramiona miłosiernego Boga, na otworzeniu przed Panem Jezusem tego wszystkiego, co w nas grzeszne, słabe, chore, by On nas wyzwolił, umocnił i uleczył, by nas całych ogarnął swoim przebaczeniem.

 

fot. dominikanie.pl

Drugi warunek: żal za grzechy.

Przypomnijmy sobie cudzołożnicę, którą Pan Jezus uwolnił z rąk prześladowców. Jej nie trzeba było przekonywać, że ciężko zgrzeszyła. Ona sama dobrze o tym wiedziała. Dlatego do niej Jezus skierował słowo prostej miłości. Powiedział jej: „Ja ciebie nie potępiam, ale więcej już nie grzesz”. Mówiąc inaczej: „Córko, Ja potępiam twój grzech, ale nie ciebie. A dlatego potępiam twój grzech, bo ciebie kocham, bo Mi na tobie zależy. Dlatego porzuć swoje grzechy i trzymaj się przykazań. Niech w tobie nie będzie już nic, co bym musiał potępić”.

Początkiem żalu za grzechy jest uświadomienie sobie, że Bogu moje grzechy sprawiają przykrość i On moimi grzechami się brzydzi. Mój żal za grzechy to przyłączenie się do tego potępienia, jakie Bóg kieruje przeciwko moim grzechom: „Boże, Ty słusznie potępiasz mój grzech! Dziękuję Ci za to! Bo przecież dlatego potępiasz mój grzech, że mnie kochasz! Daj mi tę łaskę, żebym umiał swoje grzechy potępić prawdziwie!”.

Zatem żal za grzechy w naturalny sposób łączy się z trzecim warunkiem dobrej spowiedzi: z postanowieniem poprawy. Jeśli naprawdę żałuję, to rozumie się samo przez się, że nie chcę do moich grzechów wracać. To jeszcze dodam, że dobrze jest swoje postanowienie wyrażać w formie pokornej modlitwy: „Jezu, nasz miłosierny Zbawicielu. Ty wiesz, że jestem tylko słabym człowiekiem. To Ty daj mi siły, aby moje postanowienie poprawy było skuteczne!”. Rzecz jasna, warunkiem szczerości takiej modlitwy jest to, żebym ja naprawdę starał się nie wracać do dawnych grzechów.

Kolejnym, najlepiej znanym warunkiem jest wyznanie grzechów.

Ważność wyznania grzechów mocno podkreślił w swoich „Zdaniach i uwagach” Adam Mickiewicz:

Grzech, choćby najsilniejszy, skoro wydrzesz z łona,
Natychmiast przed oczyma spowiednika skona.
Jak drzewo, gdy mu ziemię obedrzesz z korzeni,
Choć silne, wkrótce uschnie od słońca promieni.

Tu też mamy problem: jak rozeznać, kiedy jedynie wyznać grzechy, a kiedy dać im kontekst, że zgrzeszyłem, bo…?

Nie wyrywam się w tej kwestii do udzielania rad, ustalania reguł. Zaufałbym naszemu zdroworozsądkowemu odczuciu. Spowiadamy się, jak umiemy: szczerze, ze wszystkich poważnych grzechów. I liczymy na miłosierdzie Boga.

I jeszcze inny problem – że nieraz musimy spowiadać się wciąż z tych samych grzechów i ogarnia nas niepokój, czy moje chodzenie do spowiedzi ma jeszcze sens. Otóż trzeba sobie wówczas postawić pytanie: czy ja naprawdę chcę i próbuję się poprawić? Jeżeli naprawdę chcę i nie bardzo mi się to udaje, pomyślmy o dziecku, które uczy się pisać, ogromnie zależy mu na tym, żeby pisać ładnie, a wciąż pisze koślawo. Nie ma wątpliwości, że ono rozwija się w dobrym kierunku. Warto wierzyć w sens postanowień poprawy, które wydają się nieskuteczne, jeśli tylko – powtórzę – podejmujemy je szczerze.

Dlaczego możliwość wystawienia się na wstyd wyznania grzechów jest dla nas błogosławieństwem?

Wstyd ten przyjmijmy jako pokutę za popełnione grzechy, ale jest on również przestrogą przed grzeszeniem w przyszłości. Na terapeutyczną wartość wstydu spowiedzi wskazywali już ojcowie Kościoła. Ponad 1800 lat temu, w roku 203, Tertulian pisał: „Pamiętaj raczej o własnym zbawieniu, aniżeli o tym, że wstydzisz się grzech wyznać. Nie bądź podobny do tych, którzy nabawili się choroby na wstydliwych częściach ciała i wstydzą się lekarzy, i w ten sposób giną jako ofiary nierozumnej swej wstydliwości”.

Jak się uczulić, kiedy przestajemy odczuwać wstyd lub rozpoznawać nasze grzechy?

Pan ma rację: jest również coś takiego, jak bezwstyd, czyli brak wstydu wówczas, kiedy powinniśmy się wstydzić, a nawet jest chlubienie się czynionym złem. Ktoś kiedyś powiedział, że „największą pruderią współczesności jest wstydzenie się wstydu”. Jednak kiedy ktoś otwarcie i bezwstydnie przyznaje się do jakiegoś naprawdę wielkiego grzechu, to już nawet nie jest pruderia. Jednak wydaje się, że to jest zjawisko zbyt poważne, żeby się nad nim prześlizgnąć podczas rozmowy o spowiedzi.

Jeśli naprawdę żałuję, to rozumie się samo przez się, że nie chcę do moich grzechów wracać.

Jeśli mamy obiekcje co do otrzymanej pokuty, że jest banalna lub trudna do wypełnienia, to czy przyjąć ją w posłuszeństwie, czy rozmawiać o niej ze spowiednikiem?

Przede wszystkim nie ma żadnej proporcji między naszym grzechem i jego skutkami a Bożym odpuszczeniem i tym, jak grzech odpokutujemy. Darowanie grzechu to zawsze wielka Boża wspaniałomyślność. Przed nakładaniem zbyt ciężkiej pokuty mądrze przestrzega spowiedników św. Tomasz z Akwinu: „Wydaje się czymś raczej słusznym, ażeby kapłan nie obciążał penitenta przytłaczającym ciężarem pokuty. Słaby ogień łatwo zgaśnie, jeśli nań położyć zbyt wiele drewna. Podobnie może się zdarzyć, że dopiero co wzniecony w człowieku pokutującym płomień żalu za grzechy zostanie zgaszony przez zbyt wielki ciężar zadośćuczynienia”.

Pozostał piąty warunek. Co zrobić w sytuacji, gdy spowodujemy czyjąś stratę, której nie jesteśmy w stanie uczynić zadość?

Sięgnijmy po Katechizm Kościoła katolickiego: „Należy uczynić wszystko, co możliwe, aby szkodę naprawić (na przykład oddać rzeczy ukradzione, przywrócić dobrą sławę temu, kto został oczerniony, wynagrodzić krzywdy). Wymaga tego zwyczajna sprawiedliwość. Ponadto, grzech rani i osłabia samego grzesznika, a także jego relację z Bogiem i z drugim człowiekiem. Rozgrzeszenie usuwa grzech, ale nie usuwa wszelkiego nieporządku, jaki wprowadził grzech. Grzesznik podźwignięty z grzechu musi jeszcze odzyskać pełne zdrowie duchowe” (KKK 1459).

Tak więc mamy moralny obowiązek zadośćuczynić, zarazem jednak nie dziwmy się temu, że na ogół nie jesteśmy zdolni zadośćuczynić w pełni. Kiedy król Jagiełło polecił zwrócić wieśniakom wszystko, co zrabowali im żołnierze, jego żona, św. Jadwiga, zauważyła smętnie: „Ale kto im łzy powróci?”.

I co się wtedy stanie? Czeka nas czyściec po śmierci?

Przede wszystkim miejmy świadomość, że grzesząc, szkodzimy naszym bliźnim, ale także sobie. Ponadto zadajemy ból Panu Bogu i zaciemniamy świadectwo Kościoła. Grzechów w ogóle należy unikać. Zwłaszcza że tylko część ich skutków da się później odwrócić.

Jak przygotować się do dobrej spowiedzi, a potem – już stojąc w kolejce do konfesjonału – dobrze się do niej usposobić?

Od czasów św. Ignacego Loyoli zachęca się w Kościele do codziennych rachunków sumienia. Jeśli komuś udaje się z tej rady korzystać, łatwiej mu przygotować się do dobrej spowiedzi. Kiedy komuś to raczej się nie udaje, wówczas radzę: próbuj, nawet codziennie, dziękować Panu Bogu za dobro, jakie czynisz i jakie cię spotyka. Na pewno w ten sposób człowiek pogłębia swoją znajomość samego siebie i później łatwiej mu przygotować się do dobrej spowiedzi.

I jeszcze druga rada praktyczna: w czasach, kiedy nawet ludzie pobożni przystępowali do spowiedzi raczej rzadko, było zwyczajem przyjętym powszechnie prosić, zwłaszcza domowników, o przebaczenie wyrządzonej przeze mnie krzywdy. Dzisiaj zwyczaj ten prawie już zaginął. Ale może warto próbować go ożywić? A może udałoby się nam pomyśleć o jakimś zwyczaju nowym, równie głęboko zakorzenionym w naszym życiu powszednim?

Wywiad pochodzi z tygodnika „Idziemy” 6 (2018). Jest dostępny także na stronie: www.idziemy.pl