fot. Archiwum prywatne

„Serce biskupa doznaje uczucia żalu na widok opuszczających go kapłanów” – takie słowa usłyszała w 1967 roku pierwsza grupa sercańskich misjonarzy od ówczesnego metropolity krakowskiego, abp. Karola Wojtyły. „Traci was Kościół w Polsce, ale zyskuje za to Kościół powszechny” – dodał po chwili.

Strata była znacząca, bo także w 1970 i 1971 roku, czyli łącznie w trzech turach, na misje do Indonezji wyruszyło 16 zakonnych misjonarzy. Przed nimi misjonarskie szlaki przetarło kilku sercanów z Holandii, dzięki czemu były już zorganizowane niektóre parafie i wspólnoty. Wciąż jednak potrzebowano nowych kapłanów do posługi na rozmaitych indonezyjskich wyspach. Główną przeszkodą stojącą na drodze do wyjazdu na misje była polityka i nastawienie polskich władz państwowych. 

Gdy po kilkunastu latach obecności ustroju komunistycznego na ziemiach polskich udało się zdobyć pozwolenie na podróż poza granice państwa, wysyłano od razu całe grupy, póki okoliczności temu sprzyjały. Poczucie straty bliskich współbraci często mieszało się z podekscytowaniem dotyczącym wyjazdu na drugi koniec świata.

Przed daleką podróżą odbywały się pożegnania w licznych parafiach: zarówno tych sercańskich, jak i tych w okolicach Stadnik. To wszystko miało dwojaki cel: podbudować morale księży oraz zapewnić misjonarskie błogosławieństwo jak największej liczbie wiernych. Do pożegnań dołączył się nawet indonezyjski ambasador w Polsce – Rahmad, który przyjechał do Stadnik wraz z rodziną na uroczysty obiad.

Misjonarze udali się najpierw do Rzymu, aby uzyskać błogosławieństwo ojca generała. Przebywali w Wiecznym Mieście przez kilka dni, a następnie pojechali na lotnisko, aby odbyć bezpośredni lot do długo oczekiwanego miejsca posługi.

Poczucie straty bliskich współbraci często mieszało się z
podekscytowaniem dotyczącym wyjazdu na drugi koniec świata.

Mogłoby się wydawać, że pozostawienie ojczyzny to już wystarczająca ofiara dla misjonarzy. Niestety, niektórym z nich nie dane było dożyć sędziwego wieku. W tym miejscu pragnę wspomnieć ks. Zdzisława Słupczyńskiego SCJ, który umarł 15 stycznia 1971 roku w wieku zaledwie 37 lat. 6 stycznia zaczął skarżyć się na bóle reumatyczne, stracił apetyt i stawał się słabszy z dnia na dzień. Najprawdopodobniej był to nowotwór, który późno dał o sobie znać. Księdza Zdzisława żegnało wielu ludzi, w tym księża, siostry zakonne i miejscowy biskup. Pomimo że pracował tam zaledwie trzy lata, został dobrze zapamiętany przez miejscową społeczność. Do pierwszej grupy misjonarzy należał również ks. Lucjan Walczak SCJ, który zasłynął organizowaniem i budowaniem szkół katolickich na wyspach. Posługiwał w Indonezji aż do 7 listopada 1997 roku, kiedy to umarł wskutek powikłań związanych z cukrzycą.

Po dziś dzień z szesnastu zakonników pozostało w Indonezji czterech sercanów. Dwóch z nich: ks. Tadeusz Latoń SCJ i ks. Andrzej Łukasik SCJ, posługuje na południowej Sumatrze, ks. Herbert Henslok SCJ – na wyspie Papui, a ks. Józef Kurkowski SCJ – w parafii pw. św. Stefana w Dżakarcie, czyli stolicy Indonezji na wyspie Jawie. Informacji o tym dziele ewangelizacyjnym udzielił mi ks. Józef, który wyruszył z Polski w ostatniej, trzeciej turze. To oznacza, że w tym roku mija 50 lat jego posługi w Indonezji.

O ile praca w Indonezji nie jest łatwa dla Polaków z powodów klimatycznych, o tyle w ostatnich czasach dodatkowy problem stanowi pandemia koronawirusa. Nasi misjonarze dalej chcą głosić Bożą miłość ludziom, tak jak czynią to już od ponad pół wieku, pomimo różnego rodzaju obostrzeń i przeciwności. Informacje o tym wszystkim, z czym muszą się mierzyć w obecnych czasach, znajdą się w kolejnym artykule poświęconym Indonezji.

Dzielmy się chlebem

Dzielmy się chlebem

Dziś będziemy analizowali drugą część Ojcze nasz – tę, w której przedstawiamy Bogu nasze potrzeby. Tę drugą część rozpoczyna słowo pachnące codziennością – chleb.

Trzeba kompromitować zło…

Trzeba kompromitować zło…

Obserwując czasem tych, którzy w sztafecie pokoleń idą za nami, mamy ochotę podwinąć rękawy, zacisnąć pięści i wymierzyć sprawiedliwość. Błędy, grzechy, zło – to wszystko nie może przecież pozostać bezkarne.