Księgowy, który został krawcem

fot. sdb.org.pl

Mimo że nie piastował żadnej poważnej funkcji w Kościele, jego dosyć krótkie życie było światłem dla wielu ludzi pośród mrocznej rzeczywistości, szczególnie tej wojennej. Wydaje się wręcz nieprawdopodobnym, aby świadectwo życia jednego, skromnego krawca wzbudziło powołanie kapłańskie u 11 młodych ludzi, z których jeden został nawet… papieżem! Okazuje się, że będąc zwyczajnym rzemieślnikiem, można prowadzić głębokie życie wewnętrzne, a swoim przykładem ożywiać Kościół.

Sługa Boży Jan Tyranowski – bo o nim mowa – urodził się 9 lutego 1901 roku w Krakowie. Jego życie związane jest z Dębnikami – dzisiejszą dzielnicą Krakowa, gdzie mieszkał przy ul. Różanej. Po ukończeniu szkoły handlowej początkowo pracował jako księgowy. Jednak przez większą część życia utrzymywał się z krawiectwa w pracowni swojego ojca, którą później odziedziczył. Przed wojną było niemałą sensacją, aby człowiek ze średnim wykształceniem pochylał się nad maszyną do szycia. Ten wybór wiązał się wtedy ze znacznie mniejszymi zarobkami, jak też z utratą statusu społecznego i towarzyskiego. Jednak nasz bohater nie zwracał na to uwagi. Postanowił przekwalifikować się na krawca, gdyż ta praca – jak twierdzili jego przyjaciele – bardziej sprzyjała… życiu wewnętrznemu!

Zwyczajne kazanie…

Przez około 30 lat życie Jana Tyranowskiego nie charakteryzowało się jednak niczym szczególnym. Zauważalna wewnętrzna przemiana zaczęła się od słów, które usłyszał na jednym z niedzielnych kazań w swojej parafii, że świętym może zostać każdy. Wydarzenie to szczególnie zapadło mu w serce i wydało owoc obfity, gdyż postanowił usłyszane słowa wcielać w czyn. Mniej więcej od tego momentu kilka godzin dziennie spędzał na rozmyślaniu religijnym.

Po wybuchu II wojny światowej i aresztowaniu księży z jego parafii Jan wziął pod opiekę parafialną młodzież, zakładając róże żywego różańca, a także kółko biblijne. Regularne spotkania odbywały się w jego lokalu krawieckim na Dębnikach. Podczas jednej z takich schadzek wpadło do jego mieszkania Gestapo, uznając go za… dziwaka, co pozwoliło uniknąć 25 aresztowań.

„Jeden z tych nieznanych świętych, ukrytych pośród ludzi, jakby szczególne światło na głębi życia – na takiej głębi, na której zwyczajnie panuje mrok”.
św. Jan Paweł II o swoim przyjacielu Janie Tyranowskim

Pociągają nie słowa, lecz przykłady

Ten niepozorny i nieśmiały krawiec gromadził wokół siebie głównie młodzież i był dla niej bezsprzecznym autorytetem. Pomimo braku talentu do formułowania pięknych wypowiedzi oraz do podtrzymywania zwykłych kontaktów międzyludzkich, potrafił dzielić się darem wiary, co zmniejszało opory wobec niego oraz strach przed okupantem. Poprzez regularne spotkania z tym prostolinijnym, dobrym człowiekiem wyzwalała się w młodych ludziach chęć długotrwałej pracy nad sobą. Nazywali go zresztą „Prezydentem”, co podkreślało szacunek, jakim go darzyli. W szczytowym okresie Jan opiekował się setką chłopców, z którymi rozważał Ewangelię, zaznajamiał ich z liturgią czy też z dziełami mistyków. Choć jako opiekun był wymagający, to i tak przyciągał do siebie. „To był tak interesujący człowiek, że jak się z nim porozmawiało, to nie sposób było nie przyjść po raz drugi, piąty czy dziesiąty” – wspominał po latach jeden z jego wychowanków. Tyranowski zachęcał również do robienia planu dnia i wcielania go w życie, gdyż widział w nim wielkie bogactwo.

Bogiem można żyć

Karol Wojtyła – przyjaciel Jana Tyranowskiego – już jako papież niejednokrotnie wspominał, że właśnie od niego nauczył się podstawowych metod pracy nad sobą. To również on podsunął mu pierwszy raz lektury mistyków: św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Ávili, co po latach wydało owoc w postaci jego prac, najpierw magisterskiej, a później doktorskiej. W swoim wspomnieniu o nim napisał na łamach jednego z tygodników: „On ukazywał Boga dużo bezpośredniej aniżeli kazania i książki, on dowodził, że o Bogu można się nie tylko dowiadywać, że Bogiem można żyć!” [„Tygodnik Powszechny” 35 (1949)].

Przez księży Tyranowski postrzegany był jako duchowy alpinista, bo wymagał przede wszystkim od siebie. Wspinał się na duchowe szczyty często niedostępne dla nich samych. Jego spowiednik ks. Aleksander Drozd zauważył: „Łaska promieniowała z jego oczu, z jego uśmiechu i całej jego postaci, która przyciągała”. Był żywym świadectwem tego, czym jest życie wewnętrzne, co zresztą przypieczętował złożonym ślubem czystości w wieku 34 lat, aby jeszcze bardziej przylgnąć do Boga.

fot. sdb.org.pl

Umiesz liczyć – licz na Boga

Choć Jan Tyranowski był słabego zdrowia, to zarówno w działaniu, jak i w chorobie nigdy nie liczył na własne siły, ale wyłącznie na łaskę Bożą. Bolesne doświadczenia starał się przyjmować w pokorze i radości jako dar Boży, który może go uświęcić. Szczególnie trudnym momentem był dla niego pobyt w szpitalu, ponieważ wówczas święcenia kapłańskie przyjmował Karol Wojtyła. Tam również dowiedział się o śmierci swojej matki. Po długiej i ciężkiej chorobie zmarł 15 marca 1947 roku na gruźlicę. Był to człowiek tak skromny i cichy, że gdyby nie wspomnienia jego duchowych synów, to pewnie nikt by o nim nie usłyszał.

Trzeba kompromitować zło…

Trzeba kompromitować zło…

Obserwując czasem tych, którzy w sztafecie pokoleń idą za nami, mamy ochotę podwinąć rękawy, zacisnąć pięści i wymierzyć sprawiedliwość. Błędy, grzechy, zło – to wszystko nie może przecież pozostać bezkarne.