Kapłaństwo na wózku

fot. Archiwum ks. M. Bałwasa

Od szesnastu lat jeździ na wózku. Gdy opowiada o swoim kapłaństwie, z Jego ust nie znika uśmiech i radość. O Bogu przychodzącym w cierpieniu z ks. Markiem Bałwasem rozmawia kl. Wojciech Olszewski SCJ.

Jak Ksiądz radzi sobie z posługą kapłańską, będąc na wózku inwalidzkim?

Pan Bóg daje łaski. Widzę, że jak wyjeżdżam na wózku do młodzieży, to nie muszę ich uciszać, chcą dać mi szansę. Nawet gdy gadam godzinę, to oni nadal słuchają. Po godzinie kończę, żeby ich nie „zabić” (śmiech). Jako kapłan na wózku zrobiłem stokroć więcej, niż kiedy chodziłem. Bez tego nie zrobiłbym tak wiele. Uważam, że to moje kapłaństwo na wózku jest o stokroć piękniejsze i owocniejsze od tego, gdy chodziłem. Oceniam to przez to, ile łask Bóg na mnie zesłał przez wózek, a przeze mnie na innych ludzi.

Jaki był początek powołania Księdza do kapłaństwa i posługi wśród niepełnosprawnych?

Droga mojego powołania od pierwszych lat formacji w seminarium związana była z chorymi. Głos powołania usłyszałem podczas pierwszego spotkania z osobami niepełnosprawnymi w Licheniu. Uczestniczyli oni w tzw. wczaso-rekolekcjach. Byli tam pod opieką księży, kleryków oraz świeckich wolontariuszy. Zrodziło się we mnie wówczas pragnienie opieki nad takimi osobami, już nie jako osoba świecka, lecz jako kapłan. Rozpoczynając formację w seminarium, jeden ze starszych kolegów zapytał mnie, czy chciałbym spotykać się z osobami niepełnosprawnymi. Zgodziłem się. Spotkania były raz w miesiącu. Towarzyszyła im wspólna Eucharystia, po której gromadziliśmy się na kawie. Pod koniec roku akademickiego zaproponowano mi wyjazd na wspomniane wczaso-rekolekcje organizowane w Gdyni. Po raz kolejny zgodziłem się. Byłem opiekunem osób niepełnosprawnych – spełniło się moje marzenie, które zrodziło się jeszcze w Licheniu. Przy naszych podopiecznych trzeba było zrobić wszystko. Od ubrania, umycia, przez odwiezienie na posiłek, nakarmienie, po wspólną modlitwę, rozmowę, zabawy. Gdy patrzyłem na tych chorych, znikały wszystkie moje małe problemy. Duże wrażenie zrobiło na mnie cierpienie niewidomego chłopaka, który jeździł na wózku. Wówczas naprawdę rozdzierało mi serce.

Uważam, że to moje kapłaństwo na wózku jest o stokroć piękniejsze i owocniejsze od tego, gdy chodziłem.

Jak Ksiądz dawał sobie z tym radę?

Pytałem Pana Boga, dlaczego tak jest, dlaczego na to pozwala, żeby było tyle bólu, cierpienia i smutku. Odpowiedź na to pytanie dawali mi sami chorzy, którzy cieszyli się każdą chwilą życia, każdym gestem moim i innych ludzi. Pamiętam, jak pewnego słonecznego dnia poszliśmy na plażę. Wziąłem wtedy ze sobą jednego chłopaka na wózku. Na miejscu zsadziłem go na koc, a on rozłożył się i zaczął spoglądać z oddali w morze. Zapytałem go: „Marcin, byłeś kiedyś w morzu?”. On odpowiedział: „Nie, nie byłem”. No to ja, nie zastanawiając się wiele, wziąłem go na ręce, doniosłem do morza, posadziłem na kolanie i powiedziałem: „Marcin, dotknij wody”. Dotknął ręką wody, potem ust i wykrzyknął: „Rzeczywiście słona!”. Nie da się opowiedzieć, jak wielka była jego radość ani jak wielkie było moje szczęście, że tą radość mu sprawiłem. Jakiś czas później okazało się, że to była ostatnia wyprawa Marcina do Gdyni. Miał 24 lata, gdy po przebytej operacji, z powodu problemów urologicznych, zmarł. To był dla mnie szok. Po raz pierwszy i ostatni w swoim życiu Marcin był nad morzem i to ja mu w tym pomogłem.

Czy po święceniach kapłańskich nadal towarzyszył Ksiądz chorym?

Na moich prymicjach były osoby niepełnosprawne. Najpiękniejsze życzenia, które pamiętam, to właśnie te od nich. Życzyli mi, żebym był normalnym księdzem, czyli takim, który traktuje ich zwyczajnie, a nie jak „dziwolągów”. Z osobami niepełnosprawnymi spotykałem się także na pielgrzymkach do Częstochowy, organizowałem nawet grupę pielgrzymkową dla nich. Odwiedzałem również te osoby, które poznałem na wczaso-rekolekcjach. Oprócz tego posługiwałem chorym poprzez sakramenty spowiedzi i Komunii Świętej oraz namaszczenia chorych. Tak wyglądał czas mojego kapłaństwa przed wypadkiem.

fot. Archiwum ks. M. Bałwasa

Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć, jak to było?

Był luty 2003 roku. Jechałem ze znajomymi samochodem jako pasażer na tylnym siedzeniu. Samochód wpadł w poślizg, dachował, a ja wypadłem przez tylną szybę. Złamałem kręgosłup w odcinku piersiowym, łopatkę, a ponadto uszkodziłem rdzeń kręgowy. Jestem całkowicie pozbawiony czucia od miejsca urazu do końca palców stóp. Na tym odcinku nie czuję nic: dotyku, ciepła, bólu, zimna. To takie głupie uczucie, gdy nie odczuwa się większości swojego ciała. Ten wypadek był dość tragiczny, mogłem go nawet nie przeżyć, ale uważam, że: „Pan Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i miał życie wieczne”.

Co było dalej?

Po wypadku wylądowałem w szpitalu we Włocławku, po kilku dniach zawieziono mnie do szpitala w Bydgoszczy. Tam się okazało, że mam wodę w płucach, a w związku z tym mój stan zdrowia nie pozwalał na operację. Najpierw trzeba było ściągnąć tę wodę. Rdzeń był cały czas uciśnięty, co boleśnie dawało mi się we znaki. Dopiero po miesiącu operacja była możliwa. Po tym czasie połamana łopatka się zrastała.

Jak odnalazł się Ksiądz w kapłaństwie po wyjściu ze szpitala?

Wylądowałem na wózku i rozpoczęło się całkiem nowe życie. W pierwszym roku ks. Darek Fabisiak poprosił mnie, żebym poprowadził z nim wczaso-rekolekcje w Licheniu z niepełnosprawnymi. Odpowiadałem tam za stronę duchową. Głosiłem konferencje, prowadziłem modlitwy, a on zajmował się stroną organizacyjną. Przez kolejne 10 lat prowadziłem oazy z chorymi. Co roku jeździłem na te wczaso-rekolekcje do Lichenia. Turnusy były dwutygodniowe. Poruszane były bardzo różne tematy i każdy wyjazd był inny. To były nie tylko konferencje i modlitwy, ale też dużo wolnego czasu na rozmowy indywidualne, duchowe i takie „o niczym”. Mieliśmy nawet ślub – dwie osoby na wózku, którym błogosławił ksiądz na wózku. Tak było przez 10 lat, ale teraz z powodu mocnego bólu kręgosłupa musiałem się z tego wycofać. Aktualnie jadę tam, gdzie mnie zaproszą. Nie planowałem kapłaństwa na wózku, ale myślę, że dlatego, że zajmowałem się osobami niepełnosprawnymi, Pan Bóg przygotował mnie na to doświadczenie. Po wypadku nie wiedziałem, co będę robił. Pomoc i opiekę znalazłem w domu dla niepełnosprawnych księży i emerytów w Ciechocinku. Jeden ze znajomych kapłanów poprosił mnie o rekolekcje. Pamiętam, że ludzie mnie słuchali. Pomyślałem sobie: „Jest nieźle”. Zacząłem spotykać się z dziesiątkami parafian, głównie z młodzieżą. Pan Bóg zabrał mnie z jednej parafii, a dał mi setki do odwiedzenia. Zabrał mnie z dwóch szkół, gdzie uczyłem dzieciaki, i dał mi tysiące młodych ludzi, których spotykałem przy różnych okazjach. Bóg odbierając jedno, dał mi stokroć więcej.

Jaka posługa była dla Księdza najbardziej wymagająca?

W czasie jednego Wielkiego Postu odprawiłem 10 serii rekolekcji. Pewnego razu zadzwonił do mnie ksiądz, który umówił się na rekolekcje trzy lata wcześniej. Zapytał, czy o tym pamiętam. Ja w tym czasie zmieniłem telefon, na którym prowadziłem kalendarz, i nie zdążyłem przepisać z niego wszystkich wydarzeń. Okazało się, że rekolekcje miały się odbyć w Koszalinie, a ja na następny dzień rozpoczynałem rekolekcje w Biłgoraju, oddalonym o 800 km. Ksiądz proboszcz zaoferował się jednak, że mnie odwiezie, więc po skończonej nauce o godzinie 18.00 zjadłem szybką kolację i wyjechaliśmy. Na miejscu byliśmy o godzinie 5.30. Zdążyłem przespać się dwie godziny, a następnie rozpocząłem cztery konferencje dla młodzieży. To było najmocniejsze wydarzenie, ale Pan Jezus dał mi siłę, aby wszystko zrealizować.

Ofiarowuję swoje cierpienia z cierpieniami Jezusa, przez ręce Maryi, Bogu Ojcu. To jest najlepsza rzecz, jaką można zrobić.

Kapłaństwo na wózku, a jakże aktywne!

Po wypadku, po pierwszej operacji założyli mi blachę i dwie śruby. Przejechałem na nich 100 000 km. Później wystąpił taki ból, że nie mogłem oddychać. Poprosiłem o pomoc lekarza, który mnie operował. Było to na początku sierpnia. Powiedział, że przyjmie mnie w poniedziałek, ale… 10 października! Odpowiedziałem, że do października nie wytrzymam. Odrzekł, że to jest najszybszy termin, bo następne są na luty. Zrobili mi drugą operację. Do blachy i śrub dołożyli mi dwa pręty i osiem haków. W taki sposób mam usztywniony kręgosłup. Mam tak zwany ból stały, boli mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę, tylko gdy śpię, nie odczuwam bólu.

Proszę Księdza, jak przeżywać swoje cierpienie, niepełnosprawność?

W niepełnosprawności człowiek przeżywa różne doświadczenia, przede wszystkim cierpienie i ból. Często zastanawiałem się, co z tym bólem zrobić. Gdy zapisałem się do kręgu miłosierdzia do sióstr z Rybna, służebnic miłosierdzia, siostra przełożona powiedziała, jak sobie radzić z cierpieniem. Święta Faustyna w swoich listach pisze: „Panie Jezu, dziękuję Ci za chorobę, którą mi dałeś. Cztery miesiące leżałam w szpitalu i ufam, że nie zmarnowałam ani jednej minuty mojego cierpienia. Wszystko ofiarowałam za biednych grzeszników”. I zacząłem robić to samo, każdego dnia wszystkie cierpienia ofiaruję za dusze w czyśćcu cierpiące, za grzeszników i w innych intencjach. Ofiarowuję swoje cierpienia z cierpieniami Jezusa, przez ręce Maryi, Bogu Ojcu. To jest najlepsza rzecz, jaką można zrobić. I wiem, że z tego płyną łaski. Od kilku lat odprawiam Msze Święte bez przyjmowania ofiary pieniężnej, bo tak się umówiłem z Panem Jezusem, kierowany Jego słowami w jednym z objawień prywatnych. To niezwykła wolność i troska Pana o mnie.

Dziękuję za rozmowę!

Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich Czytelników.

A może kierownictwo duchowe?

A może kierownictwo duchowe?

Nie da się zadbać o samych siebie, nie dotykając tego, co w nas duchowe. Starość domaga się pochylenia z troską nad starzejącym się ciałem, ale też nad psychiką osoby starszej i jej duchowością.