Kapłan według Serca Bożego

fot. Archiwum

Józef Katarzyniec już jako dziecko wyróżniał się wśród swoich rówieśników. Jak zeznawał jego proboszcz: „Był dla rodziców istną pociechą”. Grzeczny, skromny, zawsze posłuszny, pracowity, a nade wszystko pobożny. Nigdy nie sprawiał kłopotów, dlatego sąsiedzi mówili na niego: „Chłopiec bez skazy”. Wyróżniał się swoją wyjątkową więzią z Panem Jezusem.

Wykonując swoje obowiązki, jednoczył się z Nim, śpiewając pobożne pieśni. Już w wieku czterech lat często odmawiał różaniec święty, klęcząc. Jako chłopiec cenił sobie ponad wszystko uczestnictwo we Mszy Świętej i przystępowanie do Komunii Świętej, w której widział źródło świętości. W wieku 10 lat wykonał z papieru szaty liturgiczne i zapraszał kolegów na swoje „msze”, wygłaszając im kazania, opowiadając o świętych i wykładając katechizm.

Poświęcić się Bogu

W latach szkolnych dał się poznać jako chłopiec wyróżniający się zaangażowaniem, szczególnie w nauce katechizmu, w ramach przygotowania do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. W tym właśnie czasie mały Józef doświadczył od Chrystusa szczególnej łaski. Po uroczystości, gdy ludzie wyszli z kościoła, chłopiec jeszcze przez długi czas rozmawiał z Jezusem. Następnie oznajmił rodzicom, że pragnie zostać kapłanem. W 1907 roku Józef przyjechał do franciszkańskiego klasztoru we Lwowie, by prosić o przyjęcie do zakonu. Jednak przełożony postanowił wystawić jego pragnienie na próbę. Polecił mu, aby najpierw skończył szkołę średnią i nauczył się łaciny. Tak też uczynił. Rok później przyniósł ze sobą świadectwo dojrzałości, a na egzaminie z łaciny był w stanie przetłumaczyć nawet Cycerona. Ojciec prowincjał tak go scharakteryzował: „Skromność jego była uderzająca, pokora pociągająca, robił wrażenie młodzieńca niewinnego. Przyjąłem go z radością do naszego zakonu”. W tym samym roku otrzymał habit, obierając imię zakonne Wenanty. Całą duszą pokochał zakon franciszkański i starał się żyć wiernie jego charyzmatem. Na rekolekcjach złożył postanowienie: „Będę strzegł się najmniejszego grzechu, choćby mi umrzeć przyszło”. Gdy ludzie patrzyli na jego twarz, dostrzegali w niej czystość moralną, świadczącą o jego świętości. Nie pił alkoholu, był miłośnikiem ubóstwa i umartwienia. Wielu kleryków włączył do Arcybractwa Adoracji Najświętszego Sakramentu, a sam nawiedzał Najświętszy Sakrament co godzinę, by okazać wdzięczność i miłość Chrystusowi za Jego dobroć.

Miał serce przepełnione miłością do Boga i bliźnich, o czym świadczy fakt, że często wyjeżdżał do chorych, nie zważając na choroby zakaźne.

Kapłan według Serca Bożego

Tuż przed święceniami kapłańskimi pisał do rodziny: „Obym je przyjął jak najgodniej! Proście ze mną Pana Boga o to, żebym, jeżeli mam zostać kapłanem, był dobrym i świątobliwym kapłanem”. Po roku pracy na parafii franciszkańskiej w Czuszkach pod Lwowem zdobył sobie najwyższe uznanie zarówno parafian, jak i proboszcza. Rzeczywiście dał się poznać jako doskonały kaznodzieja, wspaniały spowiednik i wychowawca dzieci. Miał serce przepełnione miłością do Boga i bliźnich, o czym świadczy fakt, że często wyjeżdżał do chorych, nie zważając na choroby zakaźne. Nie dziwią zatem słowa jego proboszcza: „Śmiało mogę powiedzieć, iż w moim życiu czterdziestoletnim w zakonie poza o. Wenantym nie spotkałem tak wyrobionego charakteru… To kapłan według Serca Bożego”.

Choroba i śmierć

Choroba i śmierć
W sierpniu wyjechał do Lwowa, gdzie został magistrem nowicjuszy. Wychowywał ich na świętych i przykładnych zakonników. Uzupełniał ich studia gimnazjalne, a starszych kleryków nauczał filozofii i greki. Oprócz tego wykładał katechizm nowicjuszkom Sióstr Rodziny Maryi i spowiadał chorych w zakładzie sióstr józefitek. Nadmiar pracy mocno nadszarpnął jego zdrowie. W 1917 roku ciężko zachorował na hiszpankę i od tego czasu stan jego zdrowia się pogarszał. Rok później stwierdzono u niego gruźlicę, co zmusiło go do rezygnacji z funkcji magistra nowicjatu. 

fot. Archiwum

Zmarł w opinii świętości w 1921 roku w Kalwarii Pacławskiej. W roku 2016 papież Franciszek wyraził zgodę na publikację dekretu o heroiczności jego cnót. Od tamtej pory przysługuje mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego. Obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny, który już w 1930 roku postulował jego przyjaciel św. Maksymilian Kolbe.

Wenanty mnie uleczył

Obecnie posiadamy w Kościele liczne świadectwa uzdrowień dokonanych za przyczyną o. Wenantego Katarzyńca. Pewien franciszkanin w ogromnym bólu i bezwładzie nóg zwrócił się do niego z prośbą: „Ojcze Wenanty, tyle mi o tobie naopowiadali, że cię już uważam za świętego. Jeżeli jesteś naprawdę w niebie, to proszę cię, wstaw się za mną!”. Rano był już zupełnie zdrowy. Inny współbrat z oberwanym obojczykiem i gruźlicą został odsunięty od pracy. Pojawiły się krwotoki aż w końcu przeniesiono go do szpitala, gdzie miał spokojnie oczekiwać na śmierć. Podczas jednej z takich modlitw wezwał Maryję, a potem otworzył modlitewnik na obrazku z Wenantym. I to właśnie do niego rozpoczął nowennę. Dziewiątego dnia rano zakonnik poczuł się zupełnie zdrowy i wstał. Poszedł do przełożonego i spokojnym głosem oznajmił: „Proszę ojca, jestem zdrowy. Ojciec Wenanty mnie wyleczył!”.

Rodzina jest dla wszystkich

Rodzina jest dla wszystkich

Każdy z nas pragnie być pełnoprawnym członkiem rodziny, także osoba przewlekle chora, niepełnosprawna, upośledzona. Ma ona swoje miejsce w rodzinie. Powinna być przyjęta z szacunkiem, miłością i ofiarnością.