Jezus jest moim Panem i Zbawicielem!

fot. Archiwum prywatne

Co kryje się za tym radosnym okrzykiem? Co się stanie z moim życiem, jeśli to Jezus będzie moim Panem i Zbawicielem? Co to w praktyce oznacza? O doświadczeniu zaufania Panu Bogu i życiu, w którym to On „gra pierwsze skrzypce”, z panią Agnieszką Michorczyk, pielęgniarką i kobietą o wielkim sercu, rozmawiał kl. Krzysztof Witek SCJ.

Co według Pani oznacza uznanie Jezusa za Pana i Zbawiciela?

Dla mnie to, że świadomie wybrałam Jezusa jako mojego Pana i Zbawiciela, jest całkowitą zmianą myślenia. Jest tak dlatego, że nie żyję już dla tego świata, tylko moje życie jest ukierunkowane na Pana Boga i wykonuję wszystko, aby się do Niego przybliżać.

Jak przyjęcie Jezusa za Pana i Zbawiciela wpłynęło na Pani życie?

Wychowałam się w religijnej rodzinie i Pan Bóg zawsze był ważny w naszym życiu, ale nigdy nie przeżywałam tego tak mocno. Zawsze towarzyszyły mi różne zmartwienia, jak będzie w szkole, jaką drogę życia wybiorę… Teraz już jest inaczej, po prostu wszystko przeżywam w zaufaniu. Z własnego doświadczenia wiem, że tak jest mi łatwiej żyć. Wiadomo, że w życiu zdarzają się różne sytuacje, ale nie mam już ciągłego lęku o to, że czegoś mi zabraknie. Wiem, że mogę ufać Panu Bogu i że On czuwa w każdej sytuacji. Mam tę świadomość, że nawet jeżeli się pomylę i pójdę nie w tym „kierunku”, to kiedy Go poproszę, On zawsze mi pomoże. Nawet teraz, w dobie koronawirusa, kiedy jeżdżę do chorych, nie boję się, że się zarażę i coś mi się stanie. Wiem, że mam służyć innym, być pomiędzy tymi ludźmi i Pan Bóg tym kieruje.

Z tego widzimy, że głównym owocem oddania swojego życia jest pokój.

Tak, zdecydowanie. To jest niesamowite doświadczenie tego, że człowiek ma w sobie ogromny pokój, pomimo różnych kłopotów, które ciągle są i jest ich niemało. Zmienia się za to patrzenie na nie. Na wszystko zaczyna się patrzeć z pełnym zaufaniem.

Jaki był ten przełomowy moment, kiedy świadomie przyjęła Pani Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela?

To był listopad 2016 roku. Mój mąż namówił mnie do wzięcia udziału w seminarium odnowy wiary. Trwało ono 10 tygodni i w tym czasie dwa spotkania miały miejsce w Łodzi u ojców jezuitów. Przy wejściu do sali, gdzie odbywało się spotkanie, był ogromny obraz, na którym Pan Jezus przytula Piotra, który przyszedł do Niego po wodzie. Wtedy pomyślałam sobie, że chciałabym chodzić po wodzie. W tym sensie, żeby mieć taką ufność w Boga we wszystkim, co się wydarzy w moim życiu. W trakcie tego spotkania była także modlitwa o wylanie darów Ducha Świętego. Wszyscy podchodzili do modlitwy wstawienniczej, a ja zwlekałam. Nie miałam odwagi, żeby podejść i cały czas prosiłam Pana Boga o dar zaufania do Niego, abym wcześniej wiedziała, że go otrzymałam. Siedząc wtedy na ławce, poczułam, że dostałam ten dar. Kiedy już podeszłam, było losowane czytanie z Pisma Świętego dla każdej grupy i wtedy właśnie zostało wylosowane czytanie o tym, jak Piotr idzie do Jezusa po wodzie. To było niesamowite, że spełniło się to, o czym pomyślałam, wchodząc na spotkanie. Kiedy zapytano mnie, jaki dar chcę otrzymać, powiedziałam, że chcę otrzymać tę ufność w Pana Boga. Wtedy kobieta, która prowadziła modlitwę wstawienniczą, popatrzyła na mnie i powiedziała, że przecież ja już ten dar mam.

 Tak naprawdę każdego człowieka spotykamy po to, żebyśmy mogli mu pokazać drogę do Boga.

To naprawdę piękna historia tego, jak Pan Bóg zadziałał w Pani życiu. Czasem można usłyszeć o podobnych historiach innych osób, ale czy nie są to tylko pewne wyjątki? Czy ja też mógłbym tego doświadczyć?

Myślę, że każdy człowiek może doświadczyć Boga prawdziwego i żywego. Wymaga to od nas ogromnego zaangażowania, modlitwy i proszenia Boga. Ale jeśli nie poprosimy Go o te dary, to ich nie dostaniemy. Pan Bóg jest naprawdę bardzo hojny.

Pomimo tego może nam jednak towarzyszyć jakiś lęk przed uznaniem Jezusa za Pana i Zbawiciela.

Kiedy teraz patrzę wstecz, to dostrzegam, że był we mnie lęk przed oddaniem wszystkiego Bogu. Nawet nie potrafiłam tego zrobić. Wydawało mi się, że trzeba coś kontrolować. Do tej pory czasem zauważam, że chcę coś zrobić po swojemu. Jednak w końcu się rozumiem, że przecież to Pan Bóg się tym zajmie, a ja muszę Mu tylko zaufać. W momencie gdy uświadomimy sobie, że nasze życie należy do Boga, oddamy Mu wszystko i zaufamy, że On tym pokieruje, to tak naprawdę się dzieje. Ostatnio miałam taką niewyjaśnioną sytuację i pisałam do kogoś wiadomość z wyrzutami. W pewnym momencie popatrzyłam na Pana Jezusa i zapytałam, co powinnam napisać. Od razu otrzymałam odpowiedź, że nic. Wykasowałam wiadomość i poszłam na Mszę Świętą. W trakcie Eucharystii wciąż wracały do mnie myśli o tej sytuacji. Prosiłam Jezusa, żeby je zabrał, bo nie przyszłam do kościoła, żeby się tym zamartwiać, ale Jego uwielbiać. Po Mszy Świętej okazało się, że ta sytuacja już się wyjaśniła.

Jakie jest Pani doświadczenie pracy z chorymi związane z ich przeżywaniem choroby w relacji z Jezusem?

Na pewno mogę powiedzieć, że osoby, które wierzą w Pana Boga, całkiem inaczej przyjmują cierpienie. Łatwiej jest im cierpieć, dlatego że szybciej się z tym godzą i ofiarują to Bogu. Z kolei osoby, które nie wierzą, ciągle będą walczyć, mieć pretensje. Kiedy pracowałam na oddziale onkologii dziecięcej, to z łatwością mogłam dostrzec, kto wierzy w Pana Boga. Przypomina mi się jedna rodzina, która bardzo głęboko ufała Bogu i pomagało jej to przejść przez trudne chwile. Jedną z dziewczynek, którą poznałam wtedy w szpitalu, spotykam każdego roku na pielgrzymce na Jasną Górę. Teraz jest już dorosła, ale za każdym razem, kiedy mnie widzi, jest bardzo wzruszona i wdzięczna Panu Bogu, ponieważ przeżyła tę chorobę. I zawsze z wielką ufnością pielgrzymuje do Matki Bożej. Po tych osobach widać, że całe swoje życie złożyły w ręce Boga. Pracując wśród dorosłych, również z łatwością mogę rozpoznać, kto przyjął chorobę jako krzyż i niesie go w pokoju. Takim świadectwem jest dla mnie pewna młoda matka, która choruje i jest w ciężkiej sytuacji, ale potrafi dziękować Panu Bogu za każdy dzień, pomimo tego cierpienia, z którym musi się mierzyć.

To może być często bardzo trudne, żeby wskazać komuś ciężko choremu drogę do Pana Boga. Jak Pani sobie z tym radzi?

Zawsze prosiłam Pana Boga o dar przemawiania z mocą, abym w kontakcie z chorymi potrafiła im coś tak powiedzieć, żeby zobaczyli łaskę w tym cierpieniu i to, że Pan Bóg jest dobry i tak naprawdę nie chciał tego cierpienia, które ich spotyka, ale że On cierpi w nich. Swoją pracę traktowałam zawsze jako powołanie. Chciałam pomagać innym, ponieważ w tych chorych widzę Jezusa. Przy tych najciężej chorych miałam poczucie, że Pan Bóg jest tak blisko, że chyba nigdzie nie spotykam Go bliżej.

fot. depositphotos.com

Jak przyjąć Jezusa za Pana i Zbawiciela?

W takim razie jak w codzienności żyć w tym zawierzeniu się Jezusowi?

Jeżeli naszym celem jest Pan Bóg, to wszystko, co w życiu mamy, powinno nas do Niego przybliżać. Wtedy w naszym życiu już nie chodzi tylko o to, żeby nie grzeszyć, ale o to, aby wybierać większe dobro. Chodzi o ukierunkowanie na dążenie do tego, co lepsze i to nie tylko lepsze dla mnie, ale również dla wszystkich, którzy są obok mnie. Wtedy nie żyję już tylko dla siebie, swojego domu i rodziny, ale żyję dla tych wszystkich, z którymi się spotykam. W ten sposób nie staram się jedynie o to, czy moja rodzina ma co jeść, ale ważne jest dla mnie również to, czy ci, którzy żyją obok mnie, tak samo mają środki do życia, czy są wierzący, czy mają doświadczenie Boga. Tak naprawdę każdego człowieka spotykamy po to, żebyśmy mogli mu pokazać drogę do Boga. Czasami kiedy jadę do pracy, modlę się o to, żeby każdy człowiek, którego spotkam, był szczęśliwy. Bardzo ważne jest również to, żeby każdego dnia karmić się Jego Słowem, zwłaszcza czytaniami mszalnymi na dany dzień. Sama wiele razy doświadczyłam, że Pan Bóg wiele mi mówi w tych czytaniach i przygotowuje do sytuacji, które się w danym dniu wydarzą.