Grzech. W czym tkwi problem?

fot. Archiwum prywatne

Czy grzech jest dla nas problemem? Czy potrzebujemy zbawienia? A może nie trzeba się jednak za bardzo tym wszystkim przejmować? Paulina i Przemysław Psarscy w rozmowie z kl. Krzysztofem Witkiem SCJ dzielą się swoim doświadczeniem grzechu i tego, że Bóg może wyciągnąć nas nawet z największych grzechów i dać pełnię życia.

Na początek trochę prowokacyjne pytanie. Czy grzech jest jeszcze w naszym życiu realnym problemem? Czy nie jest to tylko jakieś abstrakcyjne pojęcie i relikt przeszłości?

PRZEMYSŁAW: Uważam, że grzech jest dla nas bardzo dużym problemem. Zwłaszcza, że obecnie ludzie uważają, że nie grzeszą, tylko pozwalają sobie na więcej przyjemności i nie ma w tym nic złego. Jednak tak naprawdę to wszystko ich zniewala.

PAULINA: Wydaje mi się, że dopóki ktoś nie żyje w relacji z Bogiem i nie zastanawia się nad tym, to niekoniecznie uważa grzech za problem. Dopóki żyłam wiarą tylko z tradycji, nie zastanawiałam się, czy jak zgrzeszę, to jakoś to na mnie wpłynie. Dopiero kiedy zaczęłam głębiej żyć wiarą, to doświadczenie grzechu stało się dla mnie bolesne.

PRZEMYSŁAW: Grzech sprawia pozory czegoś miłego. Ta otoczka jest zazwyczaj bardzo atrakcyjna, ale późniejsze konsekwencje już takie nie są. Staram się często tłumaczyć to ludziom, ale jeżeli ktoś nie chce tego przyjąć, nie zmieni zdania. Widać to bardzo dobrze na przykładzie związków niesakramentalnych. Ludzie obecnie tak żyją i nie uważają tego za złe. Jednak takie podejście wiąże się z traktowaniem drugiego człowieka przedmiotowo, znam to z własnego doświadczenia, tego, jak sam kiedyś traktowałem kobiety. Jest wiele takich postaw, które są grzechami, ale ludzie są na tyle z nimi zżyci, że jest to dla nich normalne.

To było coś niesamowitego, Bóg, którego negowałem i wyśmiewałem, cały czas czekał, żeby wyciągnąć mnie z tego bagna.

Zacząłeś mówić o swojej przeszłości. Jakie jest Twoje doświadczenie grzechu?

PRZEMYSŁAW: Jako nastolatek zacząłem pić, ćpać, wszedłem w pornografię, zacząłem uprawiać seks. Krzywdziłem innych ludzi, a zwłaszcza swoją rodzinę. Uważałem wtedy, że Boga nie ma, ale teraz wiem, że On mnie w tym wszystkim nie zostawił. Ja tymczasem coraz bardziej zniewalałem się przez mój grzech i zacząłem wchodzić w przestępczość. Do tego stopnia, że w końcu otrzymałem wyrok w zawieszeniu. Nie zmieniło to jednak mojego postępowania i nie robiłem nic, żeby mi tego wyroku nie odwiesili. W ten sposób trafiłem do więzienia i dopiero wtedy przyszło otrzeźwienie.

Jak Bóg Cię z tego wyciągnął?

PRZEMYSŁAW: Mój świat się zawalił, a Pan Bóg zaczął budować go na nowo. Najpierw trafiłem do więzienia w Bydgoszczy, a później na terapię narkotykową w Rawiczu. W tym czasie Bóg stawiał na mojej drodze odpowiednich ludzi. Pierwszym impulsem do zmiany była rozmowa z jednym ze współosadzonych. Kiedy przyjechałem na terapię, zapytał mnie: „Po co tu jesteś?”. Powiedziałem, że chcę wyjść z nałogu i normalnie żyć. Odpowiedział: „No, co ty?! Nie ma takiej szansy. Jedynie 2-3% wychodzi z uzależnienia, więc nawet się nie łudź, że akurat ty wyjdziesz”. Wtedy powiedziałem sobie, że będę w tych kilku procentach i realizowałem ten plan. Jednak nie wierzyłem jeszcze w Boga.

Co było dalej?

Któregoś razu strażnik więzienny zapukał do celi, w której byłem razem z innym więźniem, i zapytał, czy nie chcemy iść na spotkanie z pastorem zielonoświątkowym. Poszliśmy na to spotkanie, żeby się wyrwać i trochę pośmiać. Spotkanie było bardzo przyjemne, ale nie było śmiechu. Była za to modlitwa i lektura Pisma Świętego. Wtedy Pan Bóg zaczął we mnie pracować i poszedłem także na kolejne spotkanie. Pastor zapytał wtedy, czy chcemy coś zmienić w swoim życiu. Odpowiedziałem, że oczywiście, w końcu siedzimy w więzieniu. Na co on powiedział, że jedynym wyjściem jest, żebyśmy oddali swoje życie Bogu. Kiedy tylko powiedziałem: „Panie Boże, moje życie należy do Ciebie”, to przeszyło mnie niesamowite gorąco, od serca aż po koniuszki palców. Wypalił mnie jakby żar i rozpłakałem się. Odczułem to bardzo mocno, chociaż jeszcze nie wiedziałem, co się zaczęło ze mną dziać. Dopiero po wyjściu z więzienia zrozumiałem, że Pan Bóg wypalił mnie od środka i zabrał to, co mnie zniewalało. Kiedy wyszedłem z więzienia, nie miałem już nigdy problemu z alkoholem i narkotykami. To było coś niesamowitego, Bóg, którego negowałem i wyśmiewałem, cały czas czekał, żeby wyciągnąć mnie z tego bagna. Teraz już wiem, że On jest i mnie wspiera, nawet wtedy, kiedy Go nie czuję, ale wtedy tego nie wiedziałem i Pan Bóg mi to namacalnie pokazał. Od tamtego czasu znalazłem bardzo fajną wspólnotę, parafię św. Józefa w Toruniu, w której posługują redemptoryści. Poznałem kilku wspaniałych ojców, między innymi o. Macieja Ziębca, którzy poprowadzili mnie i moją żonę w stronę Boga. Od tamtego czasu minęło osiem lat i nie da się opisać tego, jak zmieniło się moje życie. Teraz Pan Bóg jest na pierwszym miejscu. Wciąż zdarza się, że zgrzeszę, ale ważne jest, żebym jak najszybciej skorzystał z sakramentu pokuty i pojednania. Nie chodzę z tym grzechem, tylko zaraz szukam ratunku.

A co dla Ciebie, Paulino, było takim momentem zwrotnym w relacji do Pana Boga?

PAULINA: Był taki okres, kiedy bardzo długo nie chodziłam do spowiedzi. Było to spowodowane tym, że rozstałam się z ojcem mojego pierwszego dziecka, z którym miałam ślub kościelny, a związałam się z Przemkiem. Wtedy nie otrzymałam jeszcze stwierdzenia nieważności małżeństwa i myślałam, że nie mogę się spowiadać i przystępować do Komunii Świętej. Żyliśmy sobie wspólnie, chodziliśmy do kościoła i nie bardzo obchodziło mnie to, że nie mogę przystępować do Komunii. Jednak później poznaliśmy o. Macieja, który posługiwał w naszej parafii. On nam powiedział, że możemy się spowiadać i przystępować do Komunii, tylko musimy żyć w czystości. Postanowiliśmy wspólnie, że tak właśnie zrobimy. Przystąpienie do spowiedzi po kilku latach było dla mnie naprawdę bardzo trudne, ale kiedy w końcu się wyspowiadałam, poczułam się tak, jakby spadł ze mnie ciężar. Od tamtego momentu zaczęliśmy chodzić regularnie do spowiedzi i Komunii Świętej. Było to dla mnie ożywcze doświadczenie.

Jak teraz wygląda Wasza codzienność? Jak teraz przeżywacie doświadczenie grzechu?

PRZEMYSŁAW: Widzę, że te nawyki i zniewolenia, które miałem, wciąż tkwią we mnie, ale z Panem Bogiem jest łatwiej przeciwstawić się grzechowi. On nam daje łaski, żebyśmy mogli trwać w tej walce, nawet kiedy sami już nie potrafimy. Jednak zdarza się też tak, że nie chce mi się walczyć i po prostu „lecę” w grzech. Mam przy tym świadomość, że pójdę do spowiedzi, skorzystam z sakramentu pojednania i będzie po wszystkim. To jest zgubne myślenie.

fot. Archiwum prywatne

PAULINA: Zgadzam się. Sama wpadłam w takie myślenie po tym, jak zaczęłam się regularnie spowiadać. Zaczęłam myśleć sobie, że nawet jeżeli popełnię jakiś grzech, to zaraz się wyspowiadam i wszystko będzie w porządku. Jednak raz zdarzyła się taka sytuacja, że nie mogłam się wyspowiadać przed Mszą Świętą. To było dla mnie straszne doświadczenie, ponieważ uświadomiłam sobie, że nie będę mogła przystąpić w trakcie Mszy do Komunii Świętej. Pamiętam, że wyszłam w trakcie i zaczęłam płakać pod kościołem. Wtedy zdałam sobie sprawę, w jak okropną spiralę wpadłam.

PRZEMYSŁAW: Grzech potrafi nas tak omamić, że wciąga nas jak bagno. Nawet jeżeli jesteśmy blisko Pana Boga, to grzech jest dla nas problemem. Zauważam po sobie, jak bardzo wyostrza się nam sumienie, kiedy zbliżamy się do Boga. Kiedyś uważałem, że mam dwa, trzy grzechy, w których tkwię. Później został tylko jeden, z którym się męczyłem, ale kiedy się z nim uporałem, to okazało się, że tych grzechów jest dużo więcej. Gdybyśmy spojrzeli z punktu widzenia osoby niewierzącej, mogłoby się wydawać, że to są jakieś drobiazgi, ale tak naprawdę to bardzo duży problem. To są rzeczy, które nas cały czas trzymają i nie pozwalają nam być wolnymi. Jak to jest napisane w Ewangelii według św. Jana (por. J 8,31-36), jesteśmy zniewoleni przez grzech. Dlatego właśnie Chrystus przychodzi ze swoim krzyżem, żeby nas uwolnić. Tutaj jednak pojawia się problem, że my nie zawsze chcemy się uwolnić. „Cudowna” otoczka grzechu sprawia, że nie chcemy go odrzucać. Bycie chrześcijaninem i walka z grzechem nie są łatwe i jest przy tym dużo pracy, ale to, co przy tym otrzymujemy i bliskość Boga są bezcenne. Przez te lata po nawróceniu doświadczyłem tak wielu cudów, że po prostu nie da się tego opisać.

Pan Bóg jest niesamowity i jestem Mu bardzo wdzięczny, że nigdy z nas nie rezygnuje, chociaż my tak często rezygnujemy z Niego.