Gdyby to nie było małżeństwo z miłości…

fot. depositphotos.com

Spacerując po szpitalnych salach w poszukiwaniu osób, które chciałyby podzielić się ze mną świadectwem na temat budowania swojej relacji ze współmałżonkiem, łudziłem się, że odnajdę tam ślady nieskazitelnych małżeństw, bez cieni i zmarszczek. Na szczęście ludzie, których spotkałem, pomogli mi zrozumieć, że związek bez wad i trudności nie powinien być celem samym w sobie, ponieważ jest to cel nieosiągalny. Ukazali mi oni, że to właśnie zrozumienie i cierpliwość, które pozwalają wznieść się ponad przeciwności, są tym, czego nie można zatracić i bez czego relacja będzie tylko formalnym kontraktem, a nie małżeństwem z miłości.

„Żyję z mężem od czterdziestu dwóch lat – mówi pani Alina – i jestem kobietą szczęśliwą oraz spełnioną, która prosi Boga o zdrowie, by mogła dalej cieszyć się tym małżeństwem. Chcę, żeby w naszym związku jedno zostało obok drugiego na zawsze. Wiem też dobrze, że przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie się rozstać. Wierzę jednak, że póki dane nam będzie żyć, nie będziemy potrafili się bez siebie obejść. To wszystko dlatego, że wyszłam za mąż z miłości. My, wybierając wspólną drogę, wiedzieliśmy, że możemy liczyć na siebie, polegać na sobie bardziej aniżeli na innych. Widzę teraz, że mąż naprawdę mnie kocha i to jest dla mnie najważniejsze, że jedno drugiego przez tak długi czas nie odrzuciło”.

Świadoma miłość względem męża umocniła tę kobietę nawet do przezwyciężenia trudności związanych z pochłaniającą go chorobą alkoholową…

„Staraliśmy się unikać kłótni – kontynuuje Alina. – Raczej chcieliśmy rozwiązywać problemy w spokojnej rozmowie, pomimo tego, że nie zawsze było to możliwe. Czasami górę brała młodość i emocje. Pozwalało nam to uświadomić sobie, że każde z nas ma cudownego męża lub cudowną żonę, nawet jeśli zdarzają się im chwile słabości”.

W chwilach małżeńskich kryzysów warto pamiętać, że to nie doskonałość łączy dwoje ludzi węzłem małżeńskim, lecz ich pragnienie dzielenia swojej niedoskonałości na dwoje.

„Jestem osobą wrażliwą – wyznaje – jeśli coś było nie tak, to wypłakałam smutek w poduszkę. Potrafiłam też jednak tupnąć nogą, mówiąc: «Koniec z tym!», gdy walka toczyła się o nasze wspólne dobro”.

Wiara w łączącą ich miłość nie pozwoliła pani Alinie zawahać się nawet wtedy, gdy jej mąż w ciężkim stanie walczył o życie.

fot. episkopat.pl

„Lekarze nie dawali mu szans, żadnych. Trwałam przy nim dniami i nocami, na ile pozwalały mi siły i zdrowie. Zapewne trudno jest wybaczyć, ale na pewno nie wtedy, gdy się kocha, gdy dostrzega się zapotrzebowanie na troskę, na miłość. Wtedy spontanicznie próbuje się wiązać tę relację na nowo, odświeżyć nieco tę wspominaną z młodości. Niezwykle ważna jest wówczas wzajemna wyrozumiałość względem swoich wad. Przecież się kochamy, dlatego chcę wybaczyć, chcę wnieść w rozwój miłości swoje siły, aby ona nie przygasła. Gdy mąż był w ciężkim stanie, pojawiło się w mojej głowie pytanie o to, co by było, gdybym to ja zachorowała? Myślałam, że zachowałby się tak samo, jak ja. I faktycznie – teraz widzę, że nie postępuje ze mną inaczej. Dwa lata nie był w stanie chodzić, a dziś odwiedza mnie w szpitalu. Pomimo słabego zdrowia wspaniale radzi sobie z chorobą, nawet wtedy, gdy ja nie domagam. Wiem także, iż mocno przeżywa to, że teraz ja jestem tutaj chora”.

Okazuje się, że miłość jest nierozerwalnie związana z cierpieniem, objawiającym się pod różnymi postaciami. Pomimo bólu, jaki przynosi, potrafi połączyć dwoje ludzi. W wielu bowiem przypadkach to właśnie cierpienie najlepiej koryguje autentyczność zapewnień o miłości.

Następny poznany przeze mnie związek małżeński sam określa się jako oryginalny: „Nie jesteśmy takim stricte «typowym» małżeństwem, ponieważ w naszym przypadku nasza miłość i relacja jest ściśle związana ze stałą opieką nad chorym synem”.

Syn pani Katarzyny cierpi na porażenie mózgowe i wymaga ciągłej troski i leczenia. „Mamy Artusia, który jest naszym oczkiem w głowie. Ja spędzam z nim dnie, a mąż pracuje. Czas zaś, który nam pozostaje, a którego jest niestety bardzo niewiele, poświęcamy zawsze na cieszenie się sobą, na rozmowę, którą uważamy za fundament naszego małżeństwa. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez męża i mocno wierzę w to, że on beze mnie również. Pamiętam, że spotykając go, wiedziałam, że jest tą jedyną osobą, której potrzebuję, oraz że żadnej innej nie pragnę. Tak odczuwałam to wtedy i tak czuję to teraz. Nie wyobrażam sobie mieć kogokolwiek innego obok siebie”.

Na moje pytanie, czy w taki sposób wyobrażała sobie swoje małżeństwo, odpowiedziała: „Ideałem małżeństwa było pragnienie zdrowia dla nas i dzieci. Nikt nie zakłada przecież, że dziecko urodzi się chore. Wszyscy oczekują raczej szczęśliwych narodzin. Dziś wiem jednak, że to miłość jest w małżeństwie najważniejsza, bo to ona pozwala na zaakceptowanie wszelkich innych nieoczekiwanych trudności”.

Potrzeba czułości i doświadczalnego zrozumienia wraca w każdej przeprowadzonej przeze mnie rozmowie. Wydaje się, że jest to bezsłowne zapewnienie o miłości i pamięci, żywej nawet w wirze codziennych obowiązków. „Odczuwa się potrzebę gestów bezpośrednio świadczących o pamięci – mówi Katarzyna – prostego przytulenia, gdy przechodzimy obok siebie. W wielu sytuacjach to wystarcza, aby podnieść na duchu”.

Zrozumienie wartości życia małżeńskiego wydaje się być nierozerwalnie związane z doświadczeniem zakochania się. Taką intuicją wykazuje się pani Alina: „Patrząc z perspektywy ponad czterdziestu lat życia małżeńskiego, dziwi mnie, że spotykam osoby, które dla kariery osobistej rezygnują z miłości, z radości, jaka wiąże się z narodzinami dziecka. Może są to ludzie, którzy się nie zakochali? Może nie znaleźli tej właściwej osoby? Może ten lub ta, których spotkali, nie spełnili ich oczekiwań? Bo jeśli faktycznie kochają, to nie wyobrażam sobie, że są w stanie sprzeciwić się miłości”.

W chwilach małżeńskich kryzysów warto pamiętać, że to nie doskonałość łączy dwoje ludzi węzłem małżeńskim, lecz ich pragnienie dzielenia swojej niedoskonałości na dwoje.

Pomimo świadomości, że małżeństw bez trudności nie odnajdę, postanowiłem zapytać o to, jaki ideał męża lub żony pojawia się w głowach moich rozmówców. „Idealna żona powinna być zadbana, żeby mąż nie miał powodu oglądać się za innymi kobietami (śmiech). Powinna być pracowita, wyrozumiała i kochająca. I taki sam powinien być mąż. Wspólnie powinni troszczyć się i myśleć o rodzinie. Najważniejsze, by darzyli się zrozumieniem, przede wszystkim będąc cierpliwymi w wybaczaniu sobie nawzajem. Często bowiem słyszy się, że jeśli mąż lub żona w jakiś sposób nie domagają, nie są tacy, jakimi się wydawali, to od razu powinni się rozwieść. Nie na doskonałości jednak polega małżeństwo, lecz na wybaczeniu. Problem może być nie do przeskoczenia w tzw. małżeństwach z rozsądku, bo w nich z pewnością ciężej zdobyć się na zrozumienie, gdy brakuje jednoczącego uczucia miłości”.

„Kiedyś powiedziałam do swojej synowej: «Mój syn jest wychowany na dobrego i wrażliwego mężczyznę. Nie zepsuj tego swoimi humorami». A ona odpowiedziała: «Wiem, jest kochany»”.

Kończąc, pozwoliłem sobie przywołać ten fragment – krótki epizod z życia jednej z osób, z którymi rozmawiałem – który to uświadomił mi niezwykłą prawdę zawartą w tajemnicy małżeństwa. Otóż, w relacji drugi człowiek jest powierzony naszej trosce, która ma pozwolić mu się rozwinąć w tym, co piękne i szlachetne. Związek mężczyzny i kobiety nie jest małżeństwem z miłości, gdy niszczy, rujnuje. Prawdziwe małżeństwo buduje i rozwija. Nie może wymagać od nas rezygnacji z tego, co w nas wartościowe, lecz powinien pociągać nas do głębszej jeszcze pracy nad rozwojem dobra. Nie powinien psuć humorami, lecz budować miłością.