Doświadczenie wspólnoty Kościoła

fot. depositphotos.com

Jestem osobą wierzącą i staram się żyć zgodnie z Bożymi przykazaniami. Nie kombinuję i nie skracam drogi prowadzącej do celu mojego życia. Przyjmuję to, co ofiaruje mi Bóg; oczywiście nie zawsze ochoczo i z radością. Różnie to bywa, czasem muszę walczyć z własnym egoizmem i pychą. Jednak wiem, że w swoich zmaganiach nie jestem sama…

Wierzę gorąco, że ze mną jest Bóg – mój najlepszy Ojciec, Matka Boża i wszyscy święci. Wiem również, że wokół mnie jest rzesza ludzi, którzy tak jak i ja należą do Kościoła. Czuję się członkiem tej wspólnoty w sposób realny, doświadczalny. Czuję, że nie jestem osamotniona na tej ziemi, nawet wtedy gdy wydaje mi się, że wszyscy mnie opuścili.

Wyobrażam sobie, że w tej wspólnocie Bóg rozdzielił zadania pośród wszystkich jej członków, choć może – patrząc ludzkim okiem – niekoniecznie równo. Jednak wiem to na pewno: wszystkie zadania są dla Stwórcy bardzo, bardzo ważne i bardzo ważne dla nas samych w kontekście przyszłego zbawienia. Jedni z nas uczestniczą w życiu wspólnoty poprzez łoże cierpienia duchowego czy fizycznego, inni ubogacają ją wszechmocną modlitwą, a jeszcze inni służbą bliźnim. Nieważne, gdzie jestem i co w tej chwili robię, od momentu chrztu świętego jestem włączona do wspólnoty Kościoła. To niesie ze sobą odpowiedzialność. Muszę więc powierzone mi życiowe zadania wykonywać najbardziej jak to jest możliwe odpowiedzialnie. Jestem zatem odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale także za innych, których winnam wspierać, tak jak potrafię, aby powierzone przez Boga zadania mogli wykonać najlepiej, jak potrafią. Czy zawsze to robię?

Wspólnota Kościoła to także nasi braci i siostry w Chrystusie mieszkający na różnych kontynentach, mający różny kolor skóry, mówiący różnymi językami.

Widziałam w naszej wspólnocie ludzi cierpiących, którzy nie narzekali na swój los, lecz dostrzegali sens swojego cierpienia. Pamiętam moją przyjaciółkę umierającą w wieku 42 lat na raka, która zawsze mówiła: „Tylko tyle mogę ofiarować Jezusowi za moje odkupienie”. Kiedyś kapłan odwiedził ją, by nieść jej pocieszenie, a ona zrobiła mu rekolekcje życia – jak sam powiedział podczas pogrzebu. Widziałam też sprzątaczkę, która swoją pracę wykonywała tak, że można było zachwycać się jej pokojem i promieniującą od niej radością. Kiedy zapytałam, dlaczego pracuje z takim namaszczeniem, odpowiedziała: „Jestem wierząca i nie mogę gorszyć tych, którzy z mojej pracy korzystają. To byłoby antyświadectwo!”. Mam też w swoim otoczeniu ludzi, którzy każdy dzień rozpoczynają od Eucharystii i – jak mówią – obecnością Chrystusa w swoim sercu przepełniają cały dzień. Nie ma wówczas w ich sercu miejsca na obmowy, wytykanie błędów innym, na małostkowość czy egoistyczne oczekiwanie, by mi służono. Widziałam też wielokrotnie rozmodlonych i ofiarnych kapłanów, którzy w swojej kapłańskiej posłudze wspólnotowej niejednego syna marnotrawnego przyprowadzili do Ojca. Znam siostry zakonne: te nieustannie modlące się za cały świat i te oddane służbie bliźnim w różnorodny sposób.

Wspólnota Kościoła to także nasi braci i siostry w Chrystusie mieszkający na różnych kontynentach, mający różny kolor skóry, mówiący różnymi językami. Zadaję sobie pytania: Jak ich kocham? Czy w ogóle ich kocham? Czy ich chociaż toleruję? A może pragnę widzieć ich poza naszą wspólnotą, bo jakoś do nas nie pasują? Pytam też siebie: Czego Bóg ode mnie oczekuje? Jak włączam się w ewangelizację? W jaki sposób pomagam misjom, a także głodnym, chorym, bezdomnym, biednym braciom we wspólnocie?

fot. depositphotos.com

Kiedy staję przed moim pacjentem w śpiączce i dotykam jego cierpiącej twarzy, posiniaczonych od wkłuć rąk, spieczonych warg, to zawsze widzę Chrystusa zdjętego z krzyża. Czy można chcieć czegoś więcej, niż dotykać samego Boga obecnego w bliźnim? Szeptam wtedy cicho: „Nie jesteś sam, nie jesteś sam”. Bo tak naprawdę wystarczy tylko szeroko otworzyć serce na drugiego człowieka i kochać…

Jakże bardzo niezrozumiałym jest fakt, że potrafimy my, ludzie wierzący, z takim oddaniem i determinacją walczyć o życie egzystencjalne człowieka zagrożonego śmiercią, a tak mało robimy dla człowieka zagrożonego śmiercią duchową. Tak mało podejmujemy konkretnych działań, by ratować życie wieczne naszych braci, szczególnie tych będących poza wspólnotą Kościoła. Jak rozliczy mnie Bóg za zaniechanie walki o ich zbawienie?

Trzeba kompromitować zło…

Trzeba kompromitować zło…

Obserwując czasem tych, którzy w sztafecie pokoleń idą za nami, mamy ochotę podwinąć rękawy, zacisnąć pięści i wymierzyć sprawiedliwość. Błędy, grzechy, zło – to wszystko nie może przecież pozostać bezkarne.