fot. depositphotos.com

Chrzest przyjął jako dorosły człowiek. Od tamtego momentu minęło już prawie trzydzieści lat. O tym, jaka była jego droga do chrztu oraz o codziennym doświadczeniu wiary, w rozmowie z kl. Krzysztofem Witkiem SCJ opowiada Paweł Hebda.

Z jakiego powodu nie otrzymał Pan sakramentu chrztu jako dziecko?

Moi rodzice byli ochrzczonymi osobami, ale z wyboru przestali chodzić do kościoła. Pochodzili z rodzin poranionych przez wojnę oraz porozbijanych. Na utracenie przez nich wiary miała także wpływ propaganda PRL. Chcieli być szczerzy w tym, co robią i z tego też powodu nie ochrzcili ani mnie, ani siostry, abyśmy mogli zdecydować jako dorośli. Chociaż to też jest pewien wybór. Myślę, że jeśli przyjąłbym wtedy chrzest, bez przekonania rodziców, może nie doszedłbym do wiary. Pomimo tego, że nie byli osobami wierzącymi, to uczyli nas szacunku dla drugiego człowieka, dla prawdy. Byli szlachetnymi ludźmi i starali się wpoić nam odpowiednie wartości.

Co skłoniło Pana do tego, aby przyjąć sakrament chrztu?

Myślę, że z każdym moim nawróceniem, także z tymi, które przeszedłem już jako chrześcijanin, było tak, że zapędzałem się w jakiś „kozi róg”, z którego nie potrafiłem wyjść o własnych siłach. Mam wrażenie, że właśnie wtedy, kiedy wydawało mi się, że wiem lepiej, Pan Jezus mówił: „Dobrze, to idź i zobaczymy”. Nie, żeby mnie zostawiał, ale czekał. Po czym, jak już nie mogłem sobie poradzić, zwracałem się do Niego: „No dobrze, mógłbyś mnie wyciągnąć z tego wszystkiego?”. Dokładnie tak było przed chrztem. Moja pycha i przekonanie o nieskończonych możliwościach zderzyły się z różnymi sytuacjami. Nie mogłem kontynuować szkoły i zostałem na „bocznym torze”. Zacząłem odkrywać w dziwny sposób duchowość – to, że oprócz świata materialnego jest coś jeszcze. Było to w tamtym momencie ciągle dalekie od chrześcijaństwa. W tym czasie moja bliska znajoma, która miała podobne do moich wartości i przekonania, zaczęła się nawracać. Ja oczywiście trochę się z tego naśmiewałem, ale tak naprawdę trafiało to do mojego serca. Rodziła się we mnie świadomość, że to, czego człowiekowi najbardziej brakuje, jest u Boga.

Rodziła się we mnie świadomość, że to, czego człowiekowi najbardziej brakuje, jest u Boga.

Jak ta świadomość się w Panu rozwijała?

Trwało to parę lat. W między czasie trafiłem na Festiwal Kultury Chrześcijańskiej. Było to protestanckie wydarzenie, na którym pewien kaznodzieja opowiadał na scenie o Bogu. Bardzo mnie tym poruszył. Gdy później zaprosił pod scenę osoby, które poczuły się wezwane do wiary, ja również miałem pragnienie, żeby tam podejść. Coś mnie wtedy jeszcze wstrzymało. Jednak poczucie, że to prawda, pozostało ze mną na długo. Równocześnie życie niechrześcijańskie mocno mnie wiązało. Miałem świadomość, że to wszystko jest piękne, ale nie da się tak żyć. Rosła także siła świadectwa mojej przyjaciółki. Jak już podjąłem decyzję, że chcę zostać chrześcijaninem, to byłem pewien, że tylko w Kościele katolickim. Nie wiem, skąd to przeświadczenie, że to właśnie tam jest pełnia.

Co Pan wtedy zrobił? Do kogo zwrócił się o pomoc?

Na początku udałem się do dominikanów. Tam jako pierwszego spotkałem kleryka z drugiego roku. On dowiedział się dla mnie, że przygotowanie do chrztu świętego jest w kościele św. Marka. Trafiłem tam pod koniec grudnia, a przygotowanie rozpoczyna się we wrześniu. Ośrodek prowadził wtedy ks. Wacław Świeżawski. Pierwsze, o co mnie wówczas zapytał, to kiedy ślub. Odpowiedziałem, że nie z tego powodu chcę przyjąć chrzest i podchodzę do tego poważnie. On bardzo się z tego ucieszył i powiedział, że mogę uczęszczać na spotkania jako wolny słuchacz, a od następnego roku rozpocząć właściwe przygotowanie. Myślę, że potrzebowałem dłuższej formacji. Pamiętam, że kiedy przyszedłem na pierwsze spotkanie i usiadłem w ławce, to poczułem się jak w domu. Miałem wrażenie, że dotarłem do celu, że jestem tu, gdzie mam być i Pan Bóg sobie ze wszystkim poradzi.

Co było dla Pana najważniejsze w przygotowaniu do sakramentu chrztu?

Ksiądz Świeżawski, który nas prowadził, był liturgistą i formację ułożył właśnie na liturgii. Również znaczenie Eucharystii było mocno podkreślone i starał się budować w nas wiarę w obecność Jezusa w tym sakramencie. Przekazywał nam, że w trakcie Mszy Świętej dokonuje się Pacha, to znaczy męka i zmartwychwstanie Pana Jezusa. To, w jaki sposób o tym opowiadał, było naprawdę fascynujące. Z perspektywy czasu widzę, że kiedy pojawiały się kłopoty, to ratowała mnie właśnie wiara w to, że niezależnie, czy jest to Msza odprawiana w Watykanie, czy w szpitalu w Myszkowie, to w Eucharystii zawsze jest obecny Pan Jezus. Na tej wierze mogłem się oprzeć, do niej wrócić i później pójść dalej. Bardzo ważne jest dla mnie także to, że ks. Świeżawski uświadomił nam, że sedno liturgii jest ważniejsze od tego, jak kapłan ją odprawia. Chociaż wiadomo, że im godniej, tym lepiej, ale jednak nie warto przywiązywać się do jej „formy”.

Jak Pana chrzest został przyjęty w środowisku, w którym Pan żył?

Rodzice dali mi wolność decyzji. Nie spotkałem się z ich strony z odrzuceniem lub agresją. Natomiast wśród znajomych zdarzały się różne żarty i brak zrozumienia. Udało mi się jednak znaleźć grono przyjaciół również wśród chrześcijan i oni mnie podtrzymywali w tamtym czasie.

Jakie znaczenie ma dla Pana chrzest?

Myślę, że zazwyczaj patrzy się na chrzest jak na pewne drzwi do sakramentów, do Pana Jezusa i spotkania z Nim. Z drugiej strony, kiedy teraz o tym myślę, zauważam, że przecież On cały czas w człowieku żyje. Może za mało się jeszcze nad tym zastanawiam. Natomiast duże znaczenie ma dla mnie to, że skoro przyjąłem ten sakrament jako dorosły, to pamiętam, jak było wcześniej. To daje pewne doświadczenie przejścia przez drzwi do nowego życia.

fot. Archiwum prywatne

Natrafił Pan na jakieś trudności w trakcie przygotowania do chrztu?

Nie miałem takiego momentu zawahania, żebym chciał zrezygnować. Miałem w sobie na tyle entuzjazmu, że przeszedłem przez przygotowanie bez takiego kryzysu. Miałem jedynie czasem wątpliwości, czy będę w stanie tak żyć. Myślę, że otrzymałem od Pana Boga łaskę umocnienia.

Jakie emocje towarzyszyły Panu w trakcie przyjmowania sakramentu?

Przede wszystkim byłem trochę oszołomiony tym wszystkim. Było to dla mnie doświadczenie zanurzenia w łasce i miłości. Także wrażenie przejścia, bardzo wyczekiwanego. Towarzyszyła mi również silna wiara w obecność Pana Jezusa. Pamiętam też, że już po skończonej liturgii byłem tym wszystkim głęboko poruszony. Cały następny miesiąc był dla mnie czasem radości.

Pamiętam, że kiedy przyszedłem na pierwsze spotkanie i usiadłem w ławce, to poczułem się jak w domu.

Jak teraz przeżywa Pan swój chrzest? Jak przekłada się on na Pana codzienność?

Jak wspominałem, przed nawróceniem zmagałem się z różnymi kłopotami. Za to po chrzcie mogłem wrócić do szkoły, poukładać pewne sprawy. Wróciłem do normalnego życia, ze spokojem, zorganizowaniem i nową motywacją. Wszystko radykalnie się zmieniło. Po chrzcie uzmysłowiłem sobie, że Pan Bóg jest w tej mojej codzienności na wyciągnięcie ręki. To, że jest obecny w świecie, w którym wcześniej Go nie zauważałem, i mogę się z Nim realnie spotkać w każdym kościele, jest dla mnie niesamowite. Staram się wzrastać coraz bardziej oraz głębiej poznawać wiarę. Chociaż zdarzało się również, że bywałem przemądrzały, ale na szczęście szybko się opamiętywałem. Był taki czas, że fascynowałem się historią Kościoła oraz liturgią i dużo o tym czytałem. Zgubiłem w tym jednak na jakiś czas osobistą relację z Jezusem. Po jakimś czasie założyłem rodzinę i mam dwóch synów. Ostatnio wróciłem znowu do św. Marka, gdzie posługuję przy przygotowaniu katechumenatów.

Co daje Panu oparcie w napotykanych problemach?

Mam wrażenie, że gdyby nie wiara i wszystkie łaski, które wciąż otrzymuję, to by się to wszystko nie udało. Mam na myśli małżeństwo, które trwa już dwadzieścia lat, i to, że układa nam się w rodzinie. Uważam, że to wszystko udaje się właśnie dzięki wierze. Pomocą jest dla mnie sakrament spowiedzi, do którego nie lubię iść, ale bardzo lubię z niego wracać (śmiech). Bez tego nie dałbym rady trwać w tej codzienności. Kiedy „kolory” zblakły, pojawiło się znużenie. Tyle rzeczy trzeba było dopilnować. Kiedy życie przeżywa się w wierze, to jest różnica jak między niebem a ziemią. Człowiek wie, że nie trzeba użalać się nad sobą i czuć straty, bo można to wszystko przeżywać jako miłość do tych, za których się odpowiada. A w tym wszystkim towarzyszy świadomość, że jest się kochanym.

Z życia w Życie

Z życia w Życie

Czy więc trafnie łączymy ,,miejsce ratowania życia” z nieuniknionym jego końcem? Czy przytłoczeni powagą śmiertelnych diagnoz zauważamy Jezusa, który mówi: ,,Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej” (J 11,4)?

Ile kosztuje życie?

Ile kosztuje życie?

Wydaje mi się, że to właśnie ich, tych cichych towarzyszy cierpienia, winniśmy zapytać o to, jak bezcenne jest życie, ponieważ to oni każdego dnia próbują na różnoraki sposób zaciągnąć dług miłości, by zapłacić nim choć za minutę uśmiechu na twarzach swoich bliskich.

Znak dojrzałej wiary

Znak dojrzałej wiary

Nieczęsto pewnie zdarza się nam zastanawiać nad tym, czym jest sakrament bierzmowania. Chociaż wielu z nas go przyjęło, jednak chyba za rzadko pytamy o obecność jego skutków w naszym życiu.